facebook
Logo
Tam,
gdzie nie ma dzieci,
brakuje nieba.
Algernon Charles Swinburne
Dzieci bardziej niż inni
potrzebują mieć zupełną pewność,
że są kochane przez tych,
którzy mówią, że je kochają.
Michel Quoist

ARTYKUŁY


Artykuły do przeczytania, zastanowienia się, refleksji...


Spis treści:


Artykuły poradnikowe


Historie rodziców adopcyjnych




Artykuły poradnikowe



DZIECI SĄ PO TO, BY SPRAWIAĆ KŁOPOTY


Postanowiłam się z Państwem podzielić kilkoma spostrzeżeniami związanymi z wychowaniem. Są one wynikiem doświadczenia w roli nauczyciela, a przede wszystkim matki szesnastoletniego syna. Po przeczytaniu stwierdzicie, że nie ma w nim nic odkrywczego, wszyscy o tym wiecie, ale czy przypadkiem nie jest tak, że najprostsze jest zawsze najtrudniejsze?

Pamiętajmy, że nikt nie otrzymuje gotowej recepty na wychowanie. Gdyby tak miało być, kim byśmy się stali? -realizatorami recept...- to rola przypisana farmaceutom, my jesteśmy wychowawcami, kształtujemy człowieka. I jak patetycznie by to nie brzmiało, tak właśnie jest. To najważniejsza rola w naszym życiu. Pamiętajmy, że procesu wychowania nie można odłożyć na później, nie można sobie powiedzieć nadrobię zaległości za kilka lat...

Za kilka lat będzie za późno... Na pytanie rodziców szesnastoletnich ucznia co ja mam teraz z nim zrobić , człowiek ma ochotę odpowiedzieć teraz już nic. Szesnastolatkowie już powinni być wyposażeni w taką wiedzę, która pozwoliłaby im świadomie podejmować decyzje. Jednak tylko odpowiednie wartości wpojone dziecku do tego czasu, pozwolą uniknąć w przyszłości wychowawczej bezradności. To oczywiście nie znaczy, że te dzieci nie popełnią błędów, nie narażą nas na stresy, ale najprawdopodobniej nie zrobią rzeczy, które mogłyby zniszczyć im życie.

Pamiętajmy, że tylko dobry człowiek wychowa dobrego człowieka.

Kilka prostych prawd, które mogą okazać się pomocne w wychowaniu:

Podstawowa zasada:

Wychowujemy przede wszystkim przykładem, dzieci mają niesamowite zdolności obserwacji i zapamiętywania, a więc uważajmy na czyny...

-Wychowujmy człowieka wrażliwego, przepełnionego empatią, czułego na krzywdę innych. Gdy widzimy zło, reagujmy, w przeciwnym razie nasze dziecko, jako dorosły człowiek, zawsze odwróci wzrok od tragedii.

-Nigdy nie wstydźmy się swojego dziecka, ono ma prawo popełniać błędy. Nie róbmy z Jego problemu jedynie własnej tragedii.

-Przestańmy wpadać w histerię, wykrzykiwać, że nas wykończy. To Ono ma problem, a my przynajmniej 20 lat więcej i doświadczenie. To Jemu trzeba pomóc, a nam później - nasze dzieci muszą mieć świadomość, że bez względu na to, co zrobią, zawsze będziemy przy nich. I to nie może być banał...

-Wychowujmy człowieka prawego - każąc go za prawdę, nigdy nie nauczymy go uczciwości.Nie miejmy pretensji, że o jedynkach dowiadujemy się dopiero na zebraniu. Przypomnijmy sobie naszą reakcję na jedynkę, o której nas poinformowało. Kara, w najlepszym wypadku złość, a przecież ma prawo do złej oceny. Musi ją poprawić, dopiero po ustalonym terminie i braku pozytywnych działań ze strony dziecka, ustalamy konsekwencje.

-Nigdy nie udzielajmy odpowiedzi nie bo nie, ona nikogo nie satysfakcjonuje. Powiedzmy szczerze, jakie mamy obawy, ustalmy kompromis.

-Uszanujmy Jego prywatność, nigdy nie grzebmy w Jego plecaku, kurtce, telefonie czy komputerze. Jest mnóstwo innych symptomów, które powiedzą nami ,że coś jest nie tak. Nie wybierajmy drogi na skróty, bo mogą się okazać zbyt dalekie.

-Wychowujmy człowieka tolerancyjnego, uważajmy na słowa - jak bardzo niewinny wydawałby nam się tekst asfalt powinien leżeć na ulicy, pedały w kosmos, to na pewno nie sprzyja on kształtowaniu tolerancji, nie zbuduje właściwych relacji w kontaktach z ludźmi o odmiennych preferencjach seksualnych, wyznaniowych, rasowych.

-Pamiętajmy, że jesteśmy potrzebni naszym dzieciom w każdym okresie z inną częstotliwością Nie miejmy do nich pretensji, że w pewnym momencie nie będą chciały spędzać z nami każdej wolnej chwili.

-Nasze dzieci potrzebują stabilizacji emocjonalnej - winny wiedzieć, że mogą z naszej strony spodziewać się porównywalnych reakcji na konkretne sytuacje. Nie możemy raz za to samo go ukarać, a innym machnąć ręką i powiedzieć, że nic się nie stało.

-Unikajmy określeń ty zawsze, ty nigdy. To są słowa, które nie spełniają żadnej pozytywnej funkcji. To nieprawda, że zawsze jesteś wspaniały lub zawsze postępujesz źle. Dziecko zawsze wspaniałe nie jest przygotowane na porażki, a zawsze złe nie podejmie próby zmiany.

-Nauczmy się słuchać swojego dziecka i z nim rozmawiać, uwierzmy, że pytania typu: co dostałeś w szkole? masz dużo zadane? nie stanowi nawet namiastki rozmowy. Nawet jeśli nas to niezbyt interesuje, posłuchajmy: dlaczego ta gra jest taka ekstra, a piłka nożna to najlepszy sport na świecie.

-Nigdy nie wykorzystujmy informacji uzyskanych w rozmowie ze swoim dzieckiem przeciwko niemu-to najlepszy sposób, byśmy już zawsze prowadzili tylko monolog.

-Pamiętajmy, że dziecko też się o nas martwi - nie oszukujmy więc, że jest dobrze skoro na twarzy mamy wypisany ból, nie wracajmy do domu o 24, jeśli umówiliśmy się na 23 - przecież mamy telefon - zawsze możemy zadzwonić (czy nie tak to brzmi...)

-Nie miejmy pretensji do dziecka, że nas nie szanuje, skoro na to nie zasługujemy. Pamiętajmy, bycie rodzicem to przywilej, tak jak bycie nauczycielem. Nikt nie będzie nas szanował tylko dlatego, że nim jesteśmy. Czasy, w których nauczyciel, matka, ojciec byli bogami, minęły bezpowrotnie.

To tylko część wskazówek, każdy z rodziców mógłby w tym miejscu dopisać na pewno kilka i oto właśnie chodzi. Najważniejsze, żebyście byli Państwo świadomymi rodzicami. Świadomymi również, a może przede wszystkim, własnych słabości.


AJ - autorka jest ekspertem "Urodzone Sercem" SWA


--powrót do spisu treści--





JAK ROZMAWIAĆ Z DZIECKIEM O ŚMIERCI


Zbliża się listopad, miesiąc w którym wspominamy naszych zmarłych. Pewnie pójdziemy na cmentarz, zapalimy, wspólnie z dziećmi, znicze, w melancholijnym nastroju porozmawiamy o tych, którzy odeszli.

Jak w takiej sytuacji rozmawiać z dziećmi, co im powiedzieć o śmierci, a może lepiej nie mówić nic i stworzyć iluzję świata bez umierania? Jeszcze trudniej, kiedy śmierć dotyka dziecko bezpośrednio, kiedy umiera ktoś bliski.

Bardzo często rodzi się pokusa, aby dziecku nie mówić prawdy: "babcia wyjechała", "dziadek ciągle jest w szpitalu". Rodzice podejmują takie decyzje, aby w ich pojęciu, chronić najmłodszych. Musimy jednak pamiętać, ze nie jesteśmy w stanie ochronić ich przez całe życie, że kiedyś prawda wyjdzie na jaw, a dzieci nawet nie wiedząc wprost czują, że w domu coś jest nie tak.

Z doświadczenia wiem, że z należy rozmawiać z naszymi pociechami i trzeba mówić im prawdę w taki sposób, aby mogły ją przyjąć i zrozumieć. Jeśli temat jest podejmowany to dajemy dziecku szansę na zadanie pytań, rozwianie wątpliwości, nazwanie uczuć, których doświadcza. Na różnych etapach rozwoju różne jest rozumienie zjawisk towarzyszących śmierci (wg "Żałoba w rodzinie" Martin Herbert wyd. GWP 2005):


Dzieci poniżej czwartego roku życia

* nie rozumieją ostateczności i nieodwracalności śmierci /np. mogą oczekiwać powrotu babci/

* niewłaściwie pojmują przyczynowość zjawisk /mogą myśleć: dziadziuś umarł, bo byłem niegrzeczny, była burza - jak znów będzie burza, umrze ktoś inny/

* smutek małych dzieci nie trwa długo

* nie umieją rozróżniać swoich uczuć tak dobrze, jak dzieci starsze


Dzieci pomiędzy 5 a 10 rokiem życia

* do około 6 roku życia dzieci często uważają martwe przedmioty za żywe (krzesło na mnie skoczyło, miś mnie pogłaskał)

* pomiędzy 7 a 9 rokiem życia dzieci mają dość jasne wyobrażenie tego, czym jest życie i w miarę ukształtowaną koncepcję śmierci

* około 8, 9 roku życia uświadamiają sobie, że one również mogą umrzeć


Zjawiska towarzyszące śmierci i ich rozumienie w tej grupie wiekowej

* Rozstanie:

- zrozumiałe dla pięciolatków - śmierć oznacza rozstanie

* Nieodwracalność:

- zrozumiała dla sześciolatków - śmierć jest stanem ostatecznym, po śmierci nie można powrócić do życia

* Przyczynowość:

- zrozumiała dla sześciolatków - śmierć następuje na skutek przyczyny fizycznej, należy wytłumaczyć dziecku, że choroby nie można wywołać złym zachowaniem, brzydkim słowem itp.

* Uniwersalizm śmierci:

- zrozumiały dla siedmiolatków - wszyscy umrzemy, warto wytłumaczyć, ze śmierć nie dotyka tylko naszej rodziny, nasi bliscy nie umierają w wyniku niesprawiedliwości

* Zanik czucia:

- zrozumiały dla ośmiolatków - warto wytłumaczyć dziecku, że zmarli już nie cierpią, ze nie jest im zimno w grobie itd. ponieważ już nic nie czują


Młodzież w okresie dojrzewania

* nastolatki, tak jak dorośli uświadamiają sobie ostateczny charakter śmierci, toteż często zadają sobie pytanie o sens tego, co się wydarzyło

* smutek okazują w sposób podobny jak dorośli


Rozpoczynając rozmowę warto pamiętać o kilku rzeczach:

* przede wszystkim mówić tak, aby dziecko to zrozumiało

* nie okłamywać - zakłamane przekazy mogą powodować poczucie winy, lęk, nierealne oczekiwania

* informacja powinna być dostosowana do wieku dziecka

* nie należy obawiać się słowa "śmierć"

* mówienie, że bliski "zasnął"", "zamieszkał w chmurkach"" może powodować lęk przed zasypianiem albo oczekiwanie na jego ziemski powrót

* pozwolić zadawać dziecku pytania i nie bać się mówić "nie wiem" lub "wierzymy"

* można odwołać się do wiary

* nie bać się płaczu (nie chodzi o to, by stale płakać przy dziecku, ale łzy nie zaszkodzą, a nawet nauczą prawidłowego przeżywania żałoby)

* nie bać się okazywania własnych uczuć (szczera odpowiedź np. "Mama jest smutna, bo tęskni za babcią" będzie nie tylko uczyć dzieci nazywania uczyć, ale także okazywania współczucia i empatii)

* warto podsunąć dziecku dostosowane do jego wieku książki poruszające temat smutku i śmierci (np. B. Ferrero, A. Peiretti, "Śmierć. Opowiadania dla dzieci", Wydawnictwo Salezjańskie 2005, M. Mundy "Każdy czasem jest smutny Dlaczego płaczę, gdy kogoś tracę", Edycja Św. Pawła, A. Lindgren "Bracia Lwie Serce" Nasza Księgarnia, W. Erlbruch, "Gęś, śmierć i tulipan", Wyd. Hocus-Pocus, i dla młodzieży np. K. Petherson "Most do Terabithii", Nasza Księgarnia; M. Papuzińska "Wszystko jest możliwe", Akapit Press; E.E. Schmitt "Oskar i Pani Róża", Wyd. Znak) Zdarza się również tak, że sami przeżywając żałobę po śmierci bliskiej osoby nie radzimy sobie ze smutkiem naszych dzieci i nie umiemy z nimi rozmawiać, warto wtedy zwrócić się o pomoc do kogoś dorosłego, komu maluch ufa, albo do psychologa.

Wbrew temu, czego się obawiamy dzieci dużo lepiej, niż my dorośli, radzą sobie ze śmiercią. Wielokrotnie zaskakują niezwykle mądrymi i trafnymi przemyśleniami. Niejednokrotnie możemy się od nich uczyć. Nie czytając mądrych podręczników, instynktownie podejmują działania, które pomagają im w przeżywaniu żałoby np. noszą urodzinowy tort kochanemu dziadkowi na grób, na rysunkach rodziny umieszczają zmarłych jej członków, mówią, że mają brata w niebie. Zaufajmy więc im i dajmy szansę szczerze rozmawiając.


Arleta Pastewska, autorka jest ekspertem "Urodzone Sercem" SWA


--powrót do spisu treści--





LOGOPEDA RADZI


Rozwój mowy dziecka we wczesnym wieku przedszkolnym jest rozwojem bardzo intensywnym. Przedszkolak poznaje przecież świat i pragnie komunikować się z otoczeniem. Nie zawsze mu to wychodzi, czasami malucha potrafią zrozumieć tylko rodzice, którzy doskonale znają jego neologizmy dziecięce, bo stworzyli sobie wzajemny kod porozumiewania.

Bywa i tak, że dziecko rozpoczynające okres przedszkolny, posługuje się kilkoma słowami, a po krótkim czasie przebywania w grupie rówieśniczej zaczyna mówić pełnymi zdaniami.

Trudno w okresie 3 lat, kiedy dziecko przechodzi z okresu wyrazu do okresu zdania, sztywno wyznaczać normę wymawianiową. Przeważnie ładniej i szybciej zaczynają mówić dziewczynki, ale w swojej pracy logopedycznej zaobserwowałam też wiele odwrotnych przypadków.

Jaka jest zatem rola rodzica trzy i czterolatka? Jak mawiał wybitny glottodydaktyk -prof. Rocławski "dziecko należy kąpać w słowie".

A więc, drodzy Rodzice, mówmy do dziecka jak najczęściej, rozmawiajmy z nim o wszystkim, aby dać mu szansę rozwoju również w tej, jakże zresztą ważnej dziedzinie życia.

Logopeda jest po to, aby pomóc, ale nie zawsze wcześnie oznacza dobrze. Czasami wolę poczekać, bo praktyka zawodowa niejednokrotnie udowodniła mi, że dzieci często same potrafią dokonać olbrzymiego postępu językowego, kontaktując się z grupą rówieśniczą. Oto niemówiący jedynak rusza do przedszkola i po kilku miesiącach zaczyna w werbalny sposób kontaktować się z otoczeniem. Dostrzega bowiem, że aby być zauważonym i zrozumianym, musi z języka biernego (istniejącego w świadomości komunikacyjnej) przejść do języka czynnego.

W początkowym okresie rozwoju mowy możemy pomóc dziecku poprzez wspólne wykonywanie ćwiczeń oddechowych (zdmuchiwanie świeczek, dmuchanie baloników, przesuwanie za pomocą oddechu lekkich przedmiotów) a także ćwiczeń narządów mowy, przede wszystkim języka, warg i żuchwy (kląskanie, cmokanie, ssanie , naprzemienne artykułowanie i -y, zwijanie języka w rulonik, oblizywanie warg, dotykanie czubkiem języka do podniebienia, liczenie za pomocą języka dolnych i górnych zębów, układanie języka w łyżeczkę). To z pewnością pomoże dziecku i wesprze ewentualną pracę logopedy.

Kiedy zatem powinniśmy udać się z dzieckiem do logopedy? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Jeżeli jesteśmy bardzo zaniepokojeni wymową naszego malucha, najlepiej rozwiać wszelkie wątpliwości w gabinecie specjalisty, zwłaszcza gdy dziecko skończy 4 lata.

W wieku 5 lat na pewno należy podjąć systematyczną terapię logopedyczną, jeżeli przedszkolak nie radzi sobie z głoskami trzech szeregów (najczęściej szeregu szumiącego) czy z głoską r. Ta ostatnia jest zresztą dźwiękiem najpóźniejszym i najtrudniejszym w ontogenezie i z tego powodu najlepiej jak rodzic powierzy ją logopedzie. Nie ma bowiem nic bardziej niekorzystnego dla dziecka jak źle wywołana i zautomatyzowana głoska.


Marta Mierzwa-Gałkowska, ekspert "Urodzone Sercem" SWA


--powrót do spisu treści--





TRUDY ROZSTANIA... DZIECKA Z RODZICAMI. DYLEMAT ŻŁOBEK, CZY PRZEDSZKOLE?


Rozstania są zawsze trudnym przeżyciem dla dziecka, ale i bardzo często dla jego rodziców, zwłaszcza MAMY. Przez pierwsze 3 lata życia dziecko jest bardzo związane ze swoja matką. Z jednej strony od urodzenia jest odrębną istota ludzką, z drugiej jest całkowicie zależne od otoczenia i jej opieki. To w miłosnej relacji z nią przez pierwsze lata swojego życia buduje fundament swojej osobowości.

Bezpieczna, pełna troski i miłości i szacunku relacja dziecka we wczesnym okresie jego życia z matką jest niejako gwarantem jego równowagi psychicznej i niezależności w dorosłym życiu. Aby móc zrealizować potrzeby emocjonalne małego dziecka trzeba po prostu być z nim, dać mu swój czas i uwagę. Rozwój dziecka uwarunkowany jest całkowitą symbiozą i zależnością od matki. Proces ten trwa około 3 lat.

Aby rozstanie nie było dla dziecka zbyt traumatyczne i aby spełniło swoją rozwojową funkcję, nie może być ponad możliwości rozwojowe dziecka!!!

Żłobek - oddanie dziecka do żłobka warto rozważać jako ostateczność, zwłaszcza jeśli dziecko nie przekroczyło pierwszego roku życia. Tak małe dziecko nie jest gotowe emocjonalnie do bycia pod opieką instytucji. W tym okresie kontakty społeczne z rówieśnikami nie są tak istotne, by wyrównywały straty poniesione w związku z rozstaniem z matką. Im dziecko starsze, tym lepiej sobie radzi z pobytem w żłobku. Istnieją oczywiście sytuacje, w których jest to absolutnie jedyne wyjście.


Warto wówczas pamiętać o kilku sprawach.

1. Nie żałuj czasu na poszukanie odpowiedniego żłobka. Zdobądź informacje o tym ile jest dzieci w grupie, czy Twoje dziecko może nie jeść, kiedy nie ma na to ochoty, czy może spać wtedy, gdy tego potrzebuje. Czy mamom początkowo pozwala się być razem z dzieckiem.

2. Warto przyzwyczajać stopniowo dziecko do tego, ze zajmuje się nim inna osoba. Najpierw bądź obecna, kiedy babcia, czy opiekunka zajmuje się nim, a dopiero później wychodź na krótki czas z domu. W ten sposób dziecko oswoi się z Twoja nieobecnością.

3. Daj swojemu dziecku jakąś rzecz, która jest częścią jego domowego życia: jego ulubiony kocyk lub misia.

4. Rozstawaj się ze swoim dzieckiem stopniowo. Jeśli to możliwe, na początku zostawaj z dzieckiem w żłobku, następnie zostawiaj go na jakiś czas, powoli wydłużając czas.

5. Dowiaduj się od opiekunek jak zachowywało się dziecko podczas Twojej nieobecności.

6. Pamiętaj, ze Twoje dziecko przezywa wiele uczuć związanych z Twoim wyjściem i powrotem, gdyż z reguły nie chce ono rozstać się ze swoja mamą. Nawet malutkiemu dziecku nazywaj uczucia, które przezywa, nie zaprzeczaj temu co widzisz, przyjmij te uczucia jako naturalny element życia dziecka. Gdy potrzeba pomóż ukoić jego ból w taki sposób, jak lubi - pogłaszcz, przytul, starszemu powiedz o Twoim wyjściu. Zapewnij go o swoim powrocie i dotrzymaj słowa!

7. Nie przeciągaj rozstań w nieskończoność. Ten moment musi nadejść. Bardziej będzie służyło Twojemu dziecku dotrzymanie przez ciebie słowa dotyczącego powrotu niż widok rozpaczającej wraz nim mamy. Ważne jest bowiem jednocześnie, by rozstanie z dzieckiem nie było celebrowane godzinami i bojkotowane przez lęki matki, ze ono nie poradzi sobie bez niej.

8. Przyjmij niekoniecznie miłe dla Ciebie uczucia złości po Twoim powrocie, które mają prawo pojawić się u nieco starszego malucha. Zauważ je i nazwij, co nie oznacza, że masz się godzić na razy zadane przez Twoje dziecko. Ważne abyś ich nie ignorowała i pozwalała dziecku je przeżyć. Często zresztą gdy dziecko słyszy, że mama widzi, nazywa jego uczucia, wiąże je z faktem rozstania i traktuje naturalnie, dziecko przestaje wtedy tak silnie przeżywać negatywne emocje.

9. Nigdy nie planuj wprowadzenia w życie Twojego dziecka dwóch zmian na raz, np. gdy planujesz powrót do pracy i karmisz dziecko piersią, nie funduj mu w tym samym okresie odstawienia od piersi. To samo dotyczy się każdej zmiany!!!


Jeśli rozważacie o posłaniu swojego dziecka do Przedszkola

Dziecko jest już gotowe do rozszerzenia swoich kontaktów społecznych i dłuższych rozstań z mamą ok. 3 roku życia. Co nie znaczy oczywiście, że każdy 3 latek jest gotowy do pójścia do przedszkola. Każde dziecko jest inne, ma za sobą różne doświadczenia - są wiec dzieci niespełna 3 letnie, które w miarę dobrze będą funkcjonowały w przedszkolu, dla innych odpowiednie będzie pozostanie w domu do skończenia 4 lat.


1. Zasada stopniowego oswajania dziecka z przedszkolem jest jak najbardziej słuszna. Warto pokazać wcześniej dziecku, gdzie będzie spędzał czas, skorzystać z zajęć integracyjnych dla przyszłych przedszkolaków, na których możesz być razem z dzieckiem. Dobrym rozwiązaniem jest to, żeby dziecko początkowo zostawało w przedszkolu nie dłużej niż 5 godzin.

2. Opowiedz jak będzie wyglądał dzień w przedszkolu. Opowiedz po raz kolejny, co będzie się działo, kto odprowadzi je do przedszkola, kto odbierze i o której godzinie. Zazwyczaj pożegnanie przebiega spokojniej, gdy osobą odprowadzającą jest ktoś ważny dla dziecka (mama, tata, babcia, dziadek), ale nie rozczulający się przy pożegnaniu. Wielokrotnie powtarzaj, jak bardzo kochasz dziecko. Nie ukrywaj, że i dla Ciebie ten dzień jest wielkim i ważnym przeżyciem. Pozwól dziecku wyrazić swoje obawy, powiedz mu, że są one zupełnie normalne i inne dzieci odczuwają podobnie, ale twardo trzymaj się planu. Możesz po raz kolejny opowiedzieć swoje przeżycia związane z tym dniem. Wychodząc z domu nie zapomnij o ulubionej zabawce.

3. To, jak dziecko zachowa się w chwili rozstania, zależy przede wszystkim od jego temperamentu i tego, jak rodzice przygotowali dziecko do tej sytuacji. Są dzieci, które już w domu zalewają się łzami, są takie, które ronią je dopiero po drodze a niektóre do końca zachowują spokój i dopiero po godzinie czy dwóch przeżywają kryzys. Może być i tak, że dziecko, do tej pory spokojne, rozpłacze się "dla towarzystwa" w szatni, na widok innych zapłakanych dzieci. Otrzyj mu łzy, przypomnij, o której przyjdziesz, Pożegnaj się i wyjdź - nie uciekaj bez pożegnania, ale też nie przedłużaj tej chwili, nie zaglądaj do sali ani przez okno, ani przez drzwi - jeśli cię zauważy, to może tylko pogorszyć sprawę i zwiększyć histerię. Jeśli boisz się, że zabraknie Ci sił, by zostawić dziecko, poproś męża, żonę lub, np. babcię, by zastąpiła Cię w tej trudnej roli. Bo dla dalszej kariery Twojego dziecka jako przedszkolaka te pierwsze dni są najważniejsze. Im lepiej rodzice godzą stanowczość z łagodnością, tym szybciej dziecko przywyka do nowej sytuacji.

4. Rodzice musza tez sami przygotować się na różne reakcje swojego dziecka. Pierwsze dni, czy nawet tygodnie pobytu w przedszkolu są dla niego dużym stresem. Przystosowanie się do nowych warunków i rozłąki z Toba jest procesem. Pamiętaj, ze Twoje dziecko Cie potrzebuje, nie pomożesz mu jeśli zauważy przerażonego, roztrzęsionego rodzica.

5. Pozwól dziecku wypłakać się i wyżalić, słuchaj tego co ma do powiedzenia. Rozstając się z dzieckiem zapewnij go, że wrócisz, nie używaj słów "niedługo", lecz bazuj na konkretach, mówiąc np. "przyjdę po ciebie zaraz po obiedzie". Nie spóźnij się!!!

6. Obserwuj swoje dziecko po powrocie do domu, rozmawiaj zanim jak spędziło czas w przedszkolu. Pytaj się nauczycielek, jak twoje dziecko zachowywało się w ciągu dnia.

7. Pamiętaj, aby tak zorganizować czas po powrocie do domu, by mieć czas tylko dla niego, poświecony zabawie. Postaraj się wynagrodzić mu swoją nieobecność poprzez kontakt i wieź, a nie kupując mu, np. zabawkę. Dobrym pomysłem jest również włączenie dziecka w drobne prace domowe, np. przygotowanie posiłków. Nawet jeśli będzie tylko patrzyło i troszkę przeszkadzało to będzie z Tobą i to jest najlepsze, co możesz dla niego zrobić.


Angelika Pamfil

Psycholog OAO "US", mama przedszkolaka


--powrót do spisu treści--





ZNACZENIE WIĘZI I PRZYWIĄZANIA DLA PRAWIDŁOWEGO FUNKCJONOWANIA EMOCJONALNEGO CZŁOWIEKA.


O więzi jaka tworzy się między małym dzieckiem a jego rodzicami wie prawie każdy. Jednak nie każdy zdaje sobie sprawę z wagi tej relacji. Chciałabym podkreślić znaczenie procesu przywiązania oraz jego wpływu na jakość funkcjonowania w życiu dorosłym. Temat więzi jest obszernym zagadnieniem. Niniejszy artykuł nie wyczerpuje go w pełni- skupiłam się na podstawowym aspekcie powstania przywiązania oraz wskaźnikach ukazujących symptomy zaburzeń. Publikację adresuję do każdej rodziny, która planuje lub posiada dzieci oraz instytucji zajmujących się opieką nad dziećmi. Pragnę zwrócić Państwa uwagę na trzy aspekty:

1. Jak tworzy się wieź i przywiązanie.

2. Jakie warunki muszą zostać spełnione.

3. Jakie konsekwencje ponosi dziecko a potem osoba dorosła jeśli proces przywiązania przebiega z zakłóceniami i co w tej sytuacji można zrobić. Tak więc zapraszam do lektury ...

Kluczowym czynnikiem rozwoju w każdym okresie życia dziecka są inni ludzie. To oni wchodząc z dzieckiem w różnego rodzaju interakcje, powodują, że ma ono jednocześnie (albo i nie):

1. Poczucie bezpieczeństwa i autonomii.

2. Poczucie swobody działania i kontroli nad sytuacją.

3. Poczucie bliskości, przynależenia do kogoś i gotowości do samodzielnych i twórczych działań.

W każdym okresie życia na czym innym polega rola różnych, ważnych osób . Zawsze ktoś z licznych ludzi wokół jest dla nas osobą znaczącą, taką, bez której nasz rozwój nie przebiegałby w pełni prawidłowo i bez której obecności , a czasem i pomocy nie moglibyśmy z powodzeniem wypełniać naszych życiowych zadań:

1. DZIECIŃSTWO: gdy jesteśmy dziećmi potrzebujemy opiekuna, wrażliwego na nasze potrzeby dającego nam poczucie bezpieczeństwa oraz nauczyciela wprowadzającego w świat wokół nas i poza nami.

2. DORASTANIE: gdy dorastamy dobrze mieć powiernika, który daje wsparcie emocjonalne i zrozumie oraz doradcę.

Człowiek znaczący to, po pierwsze, osoba w jakiś sposób wyróżniona z kręgu ludzi obecnych w naszym życiu. Wyróżnienie wiąże się z dużą częstotliwością kontaktów z nami, albo z wagą tych kontaktów lub najczęściej - z jednym i drugim. Oznacza to, że osoba znacząca w większym stopniu niż inne uczestniczy w naszym życiu i umożliwia zaspokajanie ważnych dla nas potrzeb, a często sama bezpośrednio je zaspokaja.

Po drugie, osoba znacząca, to taka, z którą wiąże nas szczególna więź emocjonalna , oparta na dużej bliskości, obopólnym zaufaniu , czego skutkiem jest wzajemna przewidywalność swego zachowania w trakcie interakcji w różnych sytuacjach.

Po trzecie, osoba znacząca stanowi swoisty wzór postępowania. Małe dziecko naśladuje jej zachowania, gesty, sposób mówienia, wyrażenia. Dziecko starsze, nie tylko naśladuje, ale zaczyna się z taką osobą identyfikować, przejmując jej sposób wartościowania świata i ludzi, różnych zdarzeń. Wczesne doświadczenia relacji dziecko - opiekun zostaje uwewnętrznione , stając się dynamicznym, operacyjnym modelem zachowania dziecka oraz figury przywiązania (ważnej osoby, z którą wytworzyła się więź). Wewnętrzny model operacyjny służy do regulacji, interpretacji i przewidywania zachowań, myśli i uczuć zarówno figury przywiązania jak i samego dziecka. Na podstawie tych modeli (wewnętrzne modele operacyjne) dziecko zaczyna interpretować otaczający je świat i budować przekonania dotyczące świata i siebie samego. W dużym stopniu determinują one także sposoby, których będzie używało do osiągania bliskości z innymi ludźmi i zyskiwania ich akceptacji. Kształtują one też ocenę samego siebie, przekonań na temat własnej wartości i możliwości zaspokajania swoich osobistych potrzeb.

Podsumowując dotychczasowe rozważania, relacja przywiązaniowa:

* jest wrodzona a nie wyuczona,

* wymaga głębokiego kontaktu emocjonalnego,

* stanowi pierwowzór wszystkich innych relacji,

* kształtuje WMO czyli Wewnętrzny Model Operacyjny,

* dorosły, będąc figurą przywiązania powinien stać się bezpieczną bazą.

Niemowlęta, które doświadczają troskliwej opieki i efektywnej regulacji napięcia przez osobę znaczącą, zyskują przeświadczenie, że inni ludzie są dostępni i życzliwi, oraz że pobudzenie emocjonalne nie prowadzi do dezorganizacji, a jeśli staje się zbyt duże, można podjąć skuteczne działania, aby przywrócić stabilizację. Dzieci, dla których więź z opiekunem jest źródłem bezpieczeństwa, będą okazywały ciekawość oraz zaangażowanie w aktywne i spontaniczne kontakty społeczne. Będą przekonane o własnej wartości oraz o życzliwości i pozytywnych intencjach innych ludzi wobec nich i siebie nawzajem, co pozwoli im swobodnie nawiązywać oraz utrzymywać przyjaźnie i związki intymne. Ich postrzeganie innych ludzi i sytuacji będzie adekwatne do rzeczywistości i nie będzie skierowane ani na poszukiwanie winy w innych lub w ogóle w świecie zewnętrznym ani w sobie. Najważniejszym rezultatem prawidłowej opieki nad niemowlęciem jest jego późniejsza większa niezależność. Paradoksalnie, dzieci, które we wczesnym dzieciństwie silnie wyrażają swoją zależność od opiekuna, zwracając się do niego za każdym razem, gdy są przestraszone lub czegoś potrzebują, dzięki czemu nabierają przekonania o możliwościach otrzymywania wsparcia zawsze wtedy, gdy jest to potrzebne. Jako dorośli będą bardziej zdolne do samodzielności i niezależności w kierowaniu swoim funkcjonowaniem emocjonalnym niż jednostki, które w dzieciństwie musiały samodzielnie - czy raczej samotnie - radzić sobie z trudnościami.

W przypadku, kiedy proces rozwoju więzi przebiega z zakłóceniami, zamiast bezpiecznego stylu przywiązania kształtują się trzy pozabezpieczne style, tj. ambiwalentny, unikający lub dezorganizacyjny. Jeśli rodzic w pewnych sytuacjach reaguje prawidłowo, a w innych jego zachowania są nieadekwatne do tego, czego dziecko potrzebuje w danym momencie, dziecko staje się niepewne w kontakcie z nim, a później także z innymi ludźmi. Niemowlę nie ma poczucia stałości i przewidywalności świata, nie ma pewności, czy jego sygnały zostaną prawidłowo odczytane i czy reakcje otaczających je ludzi będą odpowiednie do jego potrzeb. Zaczyna czuć lęk w sytuacjach oddzielenia od opiekuna, a w kontakcie z nim okazuje niepewność i zachowuje się ambiwalentnie. Rodzic, który czasami jest opiekuńczy, skupiony na dziecku i zaspokajający jego potrzeby, a czasami skoncentrowany na swoich sprawach lub zły na dziecko (pomimo, że wyraża ono te same potrzeby i wysyła te same sygnały, co wcześniej), powoduje że zaczyna szukać własnych sposobów na zaspokajanie potrzeb, ponieważ nie rozumie, od czego zależą reakcje opiekuna. W rezultacie również reakcje dziecka stają się nieprzewidywalne i często nieadekwatne do sytuacji. Takie dzieci stają się grymaśne, często się złoszczą i przejawiają dużą zmienność - labilność emocjonalną. Ich przekonania na temat siebie i świata wyrażają niepewność co do własnej wartości i źródeł osobistego bezpieczeństwa. Doświadczając niespójnych reakcji na własne potrzeby, nie mają możliwości upewnienia się, że świat jest w sposób stały życzliwie do nich nastawiony, a doświadczając ambiwalencji w stosunku do samych siebie, przejawiają ją także w stosunku do świata i innych ludzi. Zaczynają wykorzystywać nadawane przez siebie sygnały i ekspresje emocji w sposób manipulacyjny - tak aby zwrócić na siebie uwagę otoczenia i "zmusić" je do zaspokojenia manifestowanych potrzeb. Taki wzorzec przywiązania określany jest jako ambiwalentny.

Kolejny wzorzec charakteryzuje się brakiem zaufania dziecka do opiekuna. Jego wykształcenie się u dziecka jest efektem braku fizycznej i psychicznej dostępności figury przywiązania. Rodzic nie jest w stanie zapewnić odpowiedniego zaspokojenia potrzeb dziecka. Nie potrafi odczytywać sygnałów dawanych przez dziecko i reagować na nie adekwatnie i szybko. Nie zauważa przejawów dystresu u dziecka, np. pobudzenia ruchowego czy objawów zaniepokojenia a reaguje dopiero wtedy gdy dziecko jest silnie pobudzone, a jego zachowania stają się gwałtowne. Rodzic, kiedy dziecko poszukuje bliskości i pocieszenia, nie nawiązuje z nim kontaktu, lecz stara się odwracać jego uwagę albo kierować jego potrzeby w stronę innych osób lub przedmiotów. Dąży do tego, by dziecko "pocieszało się" samo, bez opiekuna. Rodzic może być również intruzywny wobec dziecka, sam decydując, jakie jego potrzeby należy w danym momencie zaspokoić i w jaki sposób to zrobić. Może nie być zdolny do emocjonalnego dzielenia się z dzieckiem przeżyciami lub nawet odrzucać je emocjonalnie. Jego reakcje i motywy dla dziecka są nierozpoznawalne, a w wyniku gromadzących się doświadczeń spodziewa się ono raczej odtrącenia i braku pomocy. Przewidując zranienia, prezentuje zachowania obronne i unika bliskiego kontaktu z rodzicem. Jest przyjazne wobec osób obcych i nie ujawnia reakcji dystresu z powodu rozłąki z rodzicem. W ten sposób dziecko zdobywa pozorną samowystarczalność, która zaburza jego dalszy rozwój. Zaczyna mieć tendencje do hamowania reakcji emocjonalnych, szczególnie negatywnych - lęku, złości i może zacząć prezentować fałszywe emocje, aby zaspokoić swoje potrzeby. Okazując radość i zadowolenie w sytuacji kiedy jest mocno zaniepokojone chce uzyskać uwagę opiekuna. Konsekwentne doświadczanie takiego rodzaju opieki prowadzi do powstania unikającego wzorca przywiązania, który może w przyszłości zaowocować nadmierną kontrolą emocjonalną, uniemożliwiającą wyrażanie i zaspokajanie rzeczywistych potrzeb oraz spostrzeganie świata i innych ludzi jako negatywnie nastawionych i nieprzyjaznych.

Dezorganizacyjny wzorzec przywiązania powstaje wtedy, gdy niemowlę doświadcza przemocy lub dziwacznych, budzących lęk zachowań opiekuna - zachowań niespójnych, gwałtownych, odbiegających od norm społecznych. Prowadzi to do późniejszych znacznych zakłóceń w funkcjonowaniu poznawczym i emocjonalnym dziecka.

Bezpieczny wzorzec przywiązania jest traktowany jako optymalna podstawa prawidłowego rozwoju osobowości, jednak nie stanowi gwarancji przyszłego zdrowia psychicznego. Jest raczej uważany za czynnik ochronny, który istotnie zwiększa prawdopodobieństwo wykształcenia prawidłowych mechanizmów adaptacji i sposobów radzenia sobie. Pozabezpieczane wzorce przywiązania są więc uznawane za czynnik ryzyka pojawienia się różnego rodzaju zakłóceń w adaptacji oraz zaburzeń psychicznych. Utworzone w niemowlęctwie wzorce przywiązania nie determinują jednak w sposób jednoznaczny określonych zachowań w przyszłym funkcjonowaniu dziecka, a jedynie wytaczają ścieżki dalszego rozwoju, zwiększając prawdopodobieństwo pojawienia się pewnych rezultatów. Bardzo rzadko zachowania rodzica i rodzaj sprawowanej opieki są niezmienne i jednolite - w pewnej mierze zależą np. od nastroju, osobowości opiekunów, relacji małżeńskiej, a co za tym idzie rzadko można mówić o "czystych" wzorcach przywiązania. Niemowlę doświadcza zmiennych zachowań rodzica w zależności od aktualnego samopoczucia sytuacji życiowej czy emocjonalnej dorosłego. Doświadcza również opieki innych osób niż matka, czy ojciec i to także wpływa na gromadzące się doświadczenia i informacje dotyczące świata i ludzi. Zachowania rodziców mogą podlegać modyfikacjom, co pociągnie za sobą zmiany w zakresie wewnętrznych modeli operacyjnych dziecka na każdym etapie rozwoju. Na czynniki determinujące jakość relacji przywiązania składa się:

1. Doświadczenie opiekuna z własnego dzieciństwa,

2. Osobowość opiekuna,

3. Sposób sprawowanej opieki (a na to ma duży wpływ relacja małżeńska oraz inne źródła wsparcia społecznego),

4. Temperament dziecka.

Nieprawidłowe wzorce przywiązania w niemowlęctwie stanowią istotny czynnik ryzyka dla pojawienia się w kolejnych okresach życia różnych form zaburzeń psychicznych. Jednak rozpoznanie czynników zagrażających i niwelowanie ich wpływu stanowi ważny element profilaktyki zdrowia psychicznego człowieka dorosłego.

W przypadku, kiedy dorosły zauważa że niewiadomo dlaczego kolejny związek rozpada się, pojawiają się problemy z emocjami - potrzebny jest terapeuta, który przejmie rolę ważnego obiektu. Na gruncie bezpiecznym zostanie "przepracowany" dysfunkcyjny wewnętrzny model operacyjny. Na zmianę nie jest za późno, nawet w życiu dorosłym, zwłaszcza, że odgrywamy różne ważne role - matki, ojca, opiekuna, męża, żony, nauczyciela, kierownika i inne. Wprowadzenie modyfikacji do Wewnętrznego Modelu Operacyjnego jest możliwe, dzięki czemu możliwe jest satysfakcjonujące pełnienie powyższych ról.


Angelika Pamfil - psycholog OAO "Urodzone Sercem"


--powrót do spisu treści--




Jeśli macie Państwo jakieś pytania zapraszamy na naszą stronę www.adopcja.elblag.com.pl , na której szeregu porad udzielają współpracujący z nami eksperci [psycholodzy, pedagodzy, logopeda, terapeuci, lekarz]





Historie rodziców adopcyjnych



"WARTO USTANAWIAĆ REGUŁY"


Wielokrotnie zabierałam się do napisania czegoś, czym mogłabym się z wami podzielić i tak przyszedł mi do głowy pomysł o regułach jakie stosujemy w wychowaniu dzieci.
Jak tylko nasz syn pojawił się w domu to o niczym tak bardzo nie pamiętałam jak o regułach np. żeby o tych samych porach wychodzić na spacer, spożywać posiłki, kąpanie itp. wówczas chodziło o zapewnienie stabilności maluszkowi. Teraz kiedy mój syn skończył 6 lat i ma więcej do powiedzenia a raczej dyskutowania znów wróciłam do lektury książki "Każde dziecko może nauczyć się reguł". Robię to , żeby naładować akumulatory na kolejne lata z wdrażaniem nowych reguł na miarę prawie 7 latka, dlatego polecam szczerze i cytuję fragment tego poradnika:
"Wasze dziecko chce się czuć pewnie i bezpieczne. Potrzebuje kogoś, na kogo mogłoby patrzeć, naśladować i podziwiać. Potrzebuje pewności: "mama wie, co dla mnie jest dobre". Jeżeli zgadzacie się na wszystko, czego chce, poczuje nad wami przewagę. Nie odpłaci wam za to miłością, lecz pogardą, gdyż dojdzie do wniosku: "W naszym domu obowiązują reguły, które ja akceptuję". Jeśli właśnie tak jest w waszej rodzinie, najwyższy czas, byście zrozumieli, że to wy jesteście odpowiedzialni za swoje dziecko, i powinniście wziąć ster we własne ręce."

Warto ustanawiać reguły.

Asia, mama adopcyjna



--powrót do spisu treści--





"NIEKTÓRYM DZIECI PRZYNOSZĄ BOCIANY..."


Co czuje kobieta, kiedy dowiaduje się, że nie będzie mogła mieć dzieci... nic.

Ale to trwa tylko kilka sekund, potem ból rozlewa się w całym ciele, uderzenie w brzuch jest tak odczuwalne, że brakuje powietrza w płucach by oddychać, nie ma nic... tylko jedno pojawia się ciągle i natrętnie - to nie jest prawda.

Kiedy przyszli rodzice dowiadują się, że nigdy nie spełni się ich marzenie (no i zawiodą oczekiwania społeczne, rodzinne itd.) poziom stresu, który wówczas przeżywają jest porównywalny w psychologii tylko do jednego wydarzenia... śmierci dziecka. W dniu, w którym umarła moja mama opłakiwałam wszystkie bajki, których nie usłyszą moje nienarodzone jeszcze dzieci... teraz opłakuję wszystkie dzieci, które nie usłyszą tych cholernych bajek.

Przeszliśmy z mężem wszystkie etapy, negacji i zaprzeczenia, walki, zwątpienia, podjęliśmy nawet decyzję o leczeniu in-vitro i zrezygnowaliśmy...

To był zimowy wieczór, siedzieliśmy w ciepłym salonie i rozmawialiśmy, wiedzieliśmy, że decyzja o leczeniu niszczy coś, że to nie jest droga dla nas, że nie podołamy temu. I wtedy podjęliśmy decyzję -adoptujemy dziecko. Nie chcemy czekać na cud, nie chcemy nieudanych prób, cierpienia, żałoby. Uświadomienie sobie, ze możemy podjąć inną decyzję, że bycie rodzicem jest możliwe dało nam wyzwolenie, po raz pierwszy poczuliśmy się wtedy wolni. Wolni od niedyskretnych pytań, od nacisków i wiecznego czekania.

Następnego dnia byliśmy już w ośrodku adopcyjnym, trzy dni później złożyliśmy dokumenty. Baliśmy się wielu spraw, ale okazało się, że strach ma wielkie oczy. Przeszliśmy wszystkie etapy, procedury, spotkania, kwalifikacje. Udało nam się spotkać na swojej drodze grupę życzliwych, profesjonalistów - dziś mówimy o nich przyjaciele. Po niespełna dwóch miesiącach zostaliśmy rodzicami prześlicznej dwuipółmiesięcznej dziewczynki, a gdy ona skończyła cztery lata nasze rodzina powiększyła się i dołączył do nas malutki chłopczyk. Definicja szczęścia ukryła się w maleńkich dłoniach moich dzieci i tkwi tam do dzisiaj, chociaż czasami nawiedzają mnie we śnie jeszcze inne dzieci, te, których nie urodzę i za tymi czasami tęsknię. Jestem mamą i to nazywam cudem.

A.M.



Autorka jest mama adopcyjną dwójki dzieci i prezesem "Urodzone Sercem" Stowarzyszenia Wspierających Adopcję.
Chętnie odpowiem na wszystkie pytania związane ze sprawami adopcji.
maciejki@vp.pl


--powrót do spisu treści--





"CZAS PLONÓW..." - O ADOPCJI ŚWIADOMEJ


Kiedy okazało się, że mamy podzielić się naszymi doświadczeniami, jako rodzice adopcyjni, zgodziliśmy się bez wahania, przyjść na spotkanie, opowiedzieć o naszych cudownych dzieciach. Nie, nigdy nie mieliśmy z tym problemu. Ale napisać? W jaki sposób przelać na papier uczucia, decyzje, nieprzespane noce, łzy i szczęście? Jak napisać o najważniejszych sprawach, niemal mistycznych, a odczuwalnych tak wyraźnie - przez skórę? Czytałam wiele relacji i opowiadań rodziców adopcyjnych i skrycie ich podziwiałam, nie za odwagę, tej nam nie brakuje w mówieniu o adopcji, a za łatwość, z jaką piszą o swoich uczuciach. No ale skoro powiedziało się "a", trzeba powiedzieć...

Decyzję o adopcji podjęliśmy podświadomie jeszcze nim okazało się, że to będzie nasza droga do rodzicielstwa... pamiętam bardzo dobrze ten wieczór, kiedy rozmawialiśmy i marzyliśmy o tym, jaka będzie nasza rodzina: mama, tata i dzieci, zawsze mówiliśmy o nich w liczbie mnogiej, i nagle padło zdanie, że jedno z dzieci zaadoptujemy. Żadne z nas nie pytało drugiego dlaczego, po co. To było oczywiste i nie wymagało wyjaśnień.

Pierwsze lata naszego małżeństwa pamiętam teraz jak przez mgłę. Pewnego dnia pomyśleliśmy, że nadszedł właściwy czas i chcielibyśmy mieć rodzinę. Tylko bardzo szybko okazało się, że nasze marzenia, nasze "chciejstwa" nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Minęłabym się z prawdą, gdybym napisała, że zachowaliśmy się jak mityczni herosi i z podniesioną głową ruszyliśmy dalej w życie. Nie, były łzy, cierpienie, pytania bez odpowiedzi i oczywiście badania, kliniki, trudne decyzje. Usłyszeliśmy, wtedy wiele bolesnych słów, między innymi te: "że byłby to cud, gdyby się udało i że trzeba się bardzo spieszyć, bo za moment może być już za późno". Cóż, mimo że brzmiało to jak wyrok postanowiliśmy się nie poddawać. Był moment, kiedy czuliśmy się tak, jakbyśmy walczyli z całym światem, niewielu wiedziało o naszej tragedii, nie chcieliśmy się z nią afiszować, przecież inni nie chodzą z napisem na czole "mogę być biologicznym rodzicem, mogę mieć dziecko", dlaczego my mielibyśmy odzierać się z naszej intymności. Te pytania: "kiedy, dlaczego jeszcze nie" były dla nas trudniejsze niż mogłoby się komuś wydawać. Z uśmiechem wspominam naszą sztandarową wtedy odpowiedź: "jest czas zasiewu i czas plonów, wszystko ma swój czas..." wielu zamykała ona usta.

Byliśmy już w trakcie badań, właściwie pozostało podjęcie decyzji, kiedy uświadomiliśmy sobie, że nie chcemy tego, że to nie jest nasza droga. Ta wiedza zaskoczyła nas samych. Wracając z ferii, prosto z trasy podjechaliśmy pod ośrodek adopcyjny i okazało się, że nikt nie traktuje tam nas przedmiotowo, że mimo, iż nie byliśmy umówieni, był ktoś, kto miał czas żeby z nami porozmawiać, wyjaśnić ale też wysłuchać . Właśnie wtedy poczułam, że jestem we właściwym miejscu, że chcę tego. Na szczęście nie byłam w tym osamotniona. I zaczęło się, to znaczy myśleliśmy, że się zacznie. Przecież tyle naczytaliśmy się o procedurach, kolejkach, wizytacjach, nie wizytach, niekończącym się czekaniu. Okazało się jednak, że dokumentacja nie różni się zbytnio od tej, którą trzeba zgromadzić, aby udokumentować swoje osiągnięcia zawodowe podczas starania się o dobrą pracę, nam zajęło to trzy dni. Potem czekały nas testy i spotkania z pedagogiem, psychologiem i dyrektorem ośrodka, wspominam to jako dobry czas z długimi rozmowami, trudnymi pytaniami, a przede wszystkim z zaskakującymi odpowiedziami, które czasami zadziwiały nas samych, ale warto było. Wychodziliśmy z tych spotkań bogatsi i coraz bardziej świadomi siebie samych. Najbardziej stresujący dla mnie był moment, kiedy mieliśmy stawić się na komisję kwalifikacyjną, bo oto grupa obcych ludzi, na podstawie zebranych przez ośrodek dokumentów, opinii, testów i podczas tylko jednego spotkania z nami ma zadecydować czy będziemy rodzicami. Wiele mnie to kosztowało, ale jak to zwykle bywa strach ma wielkie oczy. Obcy ludzie rzeczywiście byli obcy, jednak wiedzieli i rozumieli jaką rolę odegrają w naszym życiu i stanęli na wysokości zadania. Nie padło ani jedno pytanie, ani jeden komentarz, który spowodowałby , że poczulibyśmy się źle. Zostaliśmy zakwalifikowani jako rodzina adopcyjna, pozostawało tylko czekać i uczestniczyć w tzw. spotkaniach grupowych. Tylko jak czekać, na co się przygotować, kiedy przyjmuje się to, co ofiaruje los?

My nie czekaliśmy długo, tempo zaskoczyło nas tak bardzo, ze mój mąż z wrażenia trzy dni przeleżał z wysoką gorączką. Od pierwszej wizyty w ośrodku adopcyjnym do telefonu oznajmującego, ze jest dla nas dziecko minęło półtora miesiąca, mówią o nas rekordziści. Na drugie dziecko czekaliśmy dwa lata...

Byłam wtedy w szkole, nagle otworzyły się drzwi od klasy i stanął w nich mój mąż. Wystarczyło, że na niego spojrzałam, wszystko było jasne, a świat zawirował mi przed oczami.

Tak, był telefon, tak, z ośrodka, tak, jest, jest dla nas maleńka dziewczynka... za dwa dni ją zobaczymy. W dniu urodzin mojego męża.

Mówi się, że cuda to banialuki, ja pamiętam słowa lekarza, który powiedział nam, że musiałby stać się cud. I stał się panie doktorze, może w inny sposób niż pan to sobie wyobrażał. Ten cud stał się za sprawą pewnej kobiety, która oddało to, co miała najcenniejszego - własne dziecko, abyśmy mogli być szczęśliwi.

Nigdy nie zapomnę tego dnia, tych emocji. Weszliśmy do miłego niezbyt dużego mieszkania, przywitała nas sympatyczna pani (dzisiaj nasza córeczka mówi do niej ciociu), która poprowadziła nas do dużego pokoju. Pod oknem, w wiklinowym koszu, jak Mojżesz, pod ogromną paprocią leżała nasza maleńka dwumiesięczna córeczka. Była - no cóż teraz zachowam się jak typowa matka - była śliczna i bardzo nasza, że nie potrafiłam opanować łez. Trzymałam ją w swoich ramionach, a moje łzy kapały jej na główkę, ale mądre dziecko nie gniewało się na mnie. Patrzyła na nas z ciekawością, choć zachowywała dystans, byliśmy przecież w jej mniemaniu obcy. I to jest chyba najtrudniejsze w procesie adopcyjnym, nie procedury, czekanie, a proces adaptacyjny dziecka. My zakochaliśmy się w niej od razu, jej zajęło to nieco więcej czasu.

Dzisiaj jesteśmy szczęśliwą rodziną, mamy dwójkę dzieci: dziewczynkę i chłopca. Nie afiszujemy się z naszą prawdą, ale kiedy ktoś pyta, opowiadamy o naszych doświadczeniach otwarcie. Nie boimy się przyszłości, choć wiemy, że może spotkać nas wiele problemów i trudnych sytuacji. Wiemy też, że na wszystko lekarstwem jest nasza miłość.

Tym wszystkim, którzy są na początku, w trakcie lub myślą o podjęciu drogi adopcyjnej życzę dużo cierpliwości i mądrości, bo uwierzcie mi warto czekać, nawet całe życie, na swoje dziecko.

A.M.


--powrót do spisu treści--





CZY BYŁAM W TWOIM BRZUSZKU MAMUSIU? - O STOSOWANIU TEORII W PRAKTYCE.


Rodzice adopcyjni decydują się na bardzo wyjątkowe rodzicielstwo, muszą poddać się trudnej i często bolesnej selekcji (choć to nieładne słowo, dobrze oddaje uczucia związane z tym procesem). Ale jest to również niezwykle świadomy wybór, poprzedzony licznymi kursami, rozmowami, spotkaniami z "doświadczonymi już rodzicami adopcyjnymi" i co najcenniejsze ich dziećmi. Ktoś powie nie mieli innego wyboru, więc co to za "nadświadomość", mieli - bezdzietność to też sposób na życie. Ktoś powie rodzice biologiczni też przygotowują się do swojej roli. Tak, po stokroć tak, nie mam tu zamiaru gloryfikować adopcji i degradować wartości biologicznego rodzicielstwa, ale to przygotowanie dotyczy najczęściej porodu i pielęgnacji dziecka. W przypadku rodziców adopcyjnych ten czas jest pomijany...

Spędziliśmy z mężem wiele godzin wraz z innymi rodzinami adopcyjnymi zastanawiając się nad różnymi sytuacjami problemowymi, jakie może i zapewne postawi przed nami życie, analizowaliśmy w warunkach "laboratoryjnych" każde wydarzenie, mierzyliśmy się z nim. Spotkania te wyposażyły nas w wiedzę, pewne umiejętności, a przede wszystkim dały nam dużo siły. Teraz często sami spotykamy się z rodzinami, które czekają na dziecko i opowiadamy im swoją historię, ale też "sprzedajemy" sposoby na prawdę. Odpowiadamy na pytania, staramy się rozwiać wątpliwości.

Historia naszych dzieci nie rozpoczyna się w naszych łonach, nie rozpoczyna się również w momencie, kiedy przekraczają one próg naszego domu. Historia naszych dzieci rozpoczyna się w dniu ich narodzin, jest bardzo często związana z samotnością szpitalną, z tzw. rodziną zastępczą. Nikt nie może żyć bez prawdy o swoim pochodzeniu, poszukiwanie odpowiedzi na pytania: Skąd jestem? Dokąd idę? To podstawowy cel naszego istnienia, nasze dzieci też mają prawo do tej prawdy, powinny w niej wyrastać, być z niej dumne. Tylko wtedy nikt nie uczyni z niej wiedzy broni przeciwko nim, wiem, że brzmi to patetycznie, ale dzięki tej wiedzy moje dzieci będą uzbrojone, nikt nie będzie w stanie zadać im cierpienia i bólu stwierdzeniem: "a czy ty wiesz, że twoja mama cię nie urodziła, jesteś adoptowany..." moje dzieci wypijają tę wiedzę z "mlekiem w butelce", codziennie z nią wzrastają.

W naszym domu temat adopcji nie jest tabu, nie ściszamy głosu, kiedy rozmawiamy na tematy adopcyjne. Moja córka pyta natrętnie i z uporem: Mamo, kiedy odwiedzimy ciocię Dorotkę? Ciocia Dorotka opiekowała się naszą córeczką do czasu uprawomocnienia decyzji o jej umieszczeniu w naszym domu. Od tego czasu minęło ponad pięć lat, a my regularnie raz, dwa razy w roku odwiedzamy rodzinę, w której dwa i pół miesiąca spędziła nasza córka (syn jest za malutki na stawianie pytań, ale też składa odwiedziny, w tym przypadku u cioci Eli). Hitem okazały się wszelkie baśnie, jest mnóstwo symbolicznych historii o adopcji, przypomnijcie sobie tylko "Calineczkę", "Brzydkie kaczątko" czy "Tomcia Palucha", mądrość Andersena i braci Grimm nie zna granic. Moja córka zasypia mówiąc, opowiedz mi bajkę, o tym, jak stałam się waszą córeczką o oczach jak dwa jeziora. Największe skarby w naszym domu stanowią dwa pudła, oba są własnością dzieci, ale na razie stoją na regale z książkami, dzieci często do nich zaglądają i czasami dorzucają do nich małe co nieco. W tych pudłach jest cała przeszłość i teraźniejszość mojej córki i synka. Są tam nasze podania do ośrodka adopcyjnego, opinie, zawiadomienia i postanowienia z sądu, zdjęcia ze szpitala i z rodziny zastępczej, szpitalne opaski na rączkę, pamiątki pozostawione przez biologiczną matkę, nasze pierwsze wspólne zdjęcia, ulubiona przytulanka, pierwsze słowa, rysunki, zdjęcia rodziny zastępczej, nawet ubrania, w których zabraliśmy dzieci do domu. Te pudło ma pokazywać naszym dzieciom pewną ciągłość, tożsamość, teraz wrzucamy do nich pamiątki związane z naszym wspólnym życiem. W dniu osiemnastych urodzin dostaną je obwiązane wielką wstążką na pamiątkę, dla wspomnień, ale to będzie miało, mam nadzieję już tylko wymiar symboliczny- bo przecież one będą wszystko wiedziały... już wiedzą.

Kiedy myślę o tym w jaki sposób powiemy naszym dzieciom prawdę o ich pochodzeniu (bo, to, że im powiemy jest pewne), przypominam sobie pewną sytuację...

Już wiedzieliśmy, że jest dla nas dziecko, że niedługo pójdę na urlop macierzyński, pozostało tylko powiedzieć przyjaciołom i tym, z którymi łączyła mnie wyjątkowa więź, moim uczniom. I wtedy okazało się, że wrażliwość tych drugich znacznie przewyższa pierwszych. Od tak zwanych przyjaciół, znajomych dowiedzieliśmy się, że trudno, że skoro nie da rady inaczej, że ... lepszy rydz niż nic (sic!) na szczęście nie były to jedyne opinie, byli tacy, którzy gratulowali, mówili irracjonalne rzeczy o podziwie, ronili z nami łzy szczęścia. Byli również młodzi ludzie, moi uczniowie, którzy przyjmowali tę wiadomość jak najnaturalniejszą sprawę na świecie. Najpiękniejsze słowa, jakie wtedy usłyszałam pochodziły właśnie od nich: "jednym dzieci się rodzą, a innym przynosi je bocian..."

I nadszedł ten dzień, drugi czerwca. Ciepły, słoneczny poranek nie zapowiadał, że to będzie ten dzień - dzień prawdy, również dla nas. Jechaliśmy samochodem, śpiewaliśmy głupiutkie piosenki w stylu: "na zielonej łące raz dwa trzy pasą się zające raz dwa trzy" i nagle, zupełnie jak grom z jasnego nieba, nasza niespełna czteroletnia córeczka zadaje pytanie: "Mamusiu, czy ja byłam w twoim brzuszku?". Pamiętam pisk opon, zaciśnięte dłonie męża na kierownicy, jego łagodne spojrzenie w moją stronę i swój głos jak zza mgły: "Nie córeczko, nie byłaś w moim brzuszku". Nie będę kłamać, to nie było proste, bolało, ale niedługo i teraz prawda płynie sama. Dużo łatwiej byłoby powiedzieć "tak" i sprawić sobie przyjemność, ale jedno kłamstwo pociągnęłoby kolejne, bez końca i nigdy nie byłoby odpowiedniego momentu, aby powiedzieć prawdę. Bo jak się do niej później przyznać, jak zmierzyć się z rzeczywistością, że ja - rodzic, matka, która mówi do swojego dziecka: "nie wolno kłamać, zawsze mów prawdę" - skłamałabym w najważniejszej sprawie.

Kiedy opowiadam o tym mam przed oczami jeszcze jeden obraz: mała dziewczynka z oczami jak dwa jeziora buja się na hamaku, machając nóżkami, ma dwa warkoczyki związane różowymi wstążeczkami i dyskutuje na poważne tematy ze swoim dziadkiem:

Dziadku - mówi dziewczynka - czy ty wiesz, że mnie nie urodziła moja mamusia?

Taaaaak? - dziadek szeroko otwiera oczy ze zdumienia, jest trochę przerażony sytuacją, w jakiej się znalazł.

Tak - odpowiada dziewczynka - mnie urodziła inna mama, wiesz - mówi zachwycona - ja jestem największym skarbem moich rodziców, oni mnie dostali w prezencie...

A.M



--powrót do spisu treści--





"DLACZEGO NIE MOŻEMY ZABRAĆ MOJEGO BRATA DO DOMU?" - O TRUDACH BYCIA STARSZĄ SIOSTRĄ.


Kiedy złożyliśmy wniosek o przysposobienie kolejnego dziecka nasza córeczka miała trzy lata i bez przerwy marzyła o rodzeństwie. W dniu, w którym jej marzenie się ziściło, była już pięcioletnią panienką.

Minęły dwa lata, już nie byliśmy rekordzistami, ale muszę przyznać, że czekaliśmy bardzo cierpliwie, rozumieliśmy całą procedurę i wiedzieliśmy, że czekamy na nasze dziecko, nasze, a nie jakiekolwiek. Córka zastępowała nam cały świat, ale czuliśmy niedosyt. Chcieliśmy dużej rodziny, tłoku przy świątecznym stole, gwaru codzienności, uroków kłótni i zgody, tego wszystkiego, czego sami nie doznaliśmy. Cóż jesteśmy z małych rodzin i coraz nas mniej...

Kiedy rozmawialiśmy o nas, o naszej rodzinie zawsze wiedzieliśmy, że nie chcemy, aby nasze dziecko było samotne. Bez względu na to, co przyniesie los rodzeństwo jest pewną szansą, opoką, wsparciem. Dlatego też już na początku naszego wspólnego życia zadecydowaliśmy o tym, że nasza rodzina będzie liczna (na razie jest nas czworo...).

To były zupełnie inne emocje, takie już oswojone, znane. Cóż, to będzie chyba trafne porównanie, czułam się, jak matka, która po raz drugi idzie na porodówkę. Kiedy zadzwonił telefon z ośrodka wiedzieliśmy, że to ten dzień. Oczywiście byliśmy pełni obaw i oczekiwań, ale potrafiliśmy zapanować nad emocjami. Jednak w naszym domu był ktoś, kto odczuwał tę sytuację każdą komórką ciała, kto nie spał w nocy i zasypywał nas tysiącem pytań, na które jeszcze nie znaliśmy odpowiedzi - tym kimś była nasza malutka pięcioletnia córeczka i o adopcji naszego synka chciałabym opowiedzieć przez pryzmat jej doświadczeń i odczuć.

Wróciliśmy właśnie z udanego, szalonego i niestety, dżdżystego urlopu. Wypoczęci, szczęśliwi, ale nieopaleni , gdy nagle rewolucja - telefon wywraca nasze życie do góry nogami (jak zawsze, do tej pory, gdy dzwoni do mnie telefon i wyświetla się informacja - ośrodek adopcyjny, serce przyśpiesza... nigdy nic nie wiadomo...). Jest! Po dwóch latach oczekiwania jest dla nas dziecko, no ale to byłoby za proste. Nasze czarownice kazały nam podczas narady rodzinnej ustalić płeć i mimo zapewnień, że jest nam ona obojętna, nie dały się zbyć.

Pierwsza rozmowa - stół, przy stole mama, tata i dziewczynka o oczach jak dwa jeziora. Decyzja - chcemy siostrzyczkę, oczywiście głos decydujący ma nasza córka. Pierwsza wizyta w ośrodku - mama, tata, wiedźmy, co wiedzą wszystko (wszystko wiedźmy)- jest nasze dziecko, jutro je zobaczymy - to chłopiec... Powrót do domu, dosyć długi, bo trzeba się przygotować na rozmowę, dzisiaj nasza córeczka dowie się, że ma braciszka - braciszka a nie siostrzyczkę... no właśnie. Druga rozmowa - kanapa, mama, tata, na kolanach taty mała dziewczynka słucha, a po policzkach płynął jej łzy, chciała siostrę, ale tak naprawdę boi się , nie wie czy będzie się podobała małemu chłopcu.

Pierwsza wizyta - idziemy wszyscy: mama, tata i przyszła siostra, naszej córce buzia się nie zamyka, wszyscy jesteśmy nieco spięci niecodziennie zdarza się taka wizyta. Nie boimy się swoich reakcji, najbardziej zastanawia nas nasze pierwsze dziecko, czy dobrze robimy biorąc ją już dzisiaj, a może jest jeszcze niegotowa, może potrzebuje czasu, nie chcemy jej ranić... Otwierają się drzwi, wita nas przemiła, uśmiechnięta i co dla nas najprzyjemniejsze duża rodzina wchodzimy do pokoju... Jest , pije mleko i wcale nie wygląda jak dwumiesięczny osesek, mały mężczyzna - bluza, dżinsy - żadnych śpiochów. Patrzę na naszego syna i czuję spokój, oczy zachodzą mi mgiełką łez, nasza córka podchodzi do swojego brata i całuje go w główkę - to ona wita go pierwsza w naszej rodzinie, już go kocha. Nie ważne, że chłopak, przecież to jej brat. Nie pamiętam o czym wtedy rozmawialiśmy, nie pamiętam nawet czy miałam swojego synka w ramionach (chociaż wszyscy twierdzą, że miałam, karmiłam, przebierałam), to , co utkwiło mi w pamięci to obraz moich dzieci, które po raz pierwszy się zobaczyły.

Pierwsze rozstanie - mama, tata, zapłakana dziewczynka, nie rozumie dlaczego jej brat nie idzie z nią do domu, chciałaby go zabrać już dzisiaj i nawet my nie potrafimy jej wytłumaczyć dlaczego będziemy musieli na niego jeszcze trochę poczekać. Wszyscy pragniemy tego samego, ale w naszym dziecku są same emocje i tak trudno je ugasić, i tak pozostanie już do końca, każda nasza wizyta będzie zaczynała się i kończyła tym samym scenariuszem radością i smutkiem.

Z każdym dniem spędzonym u rodziny zastępczej więź między naszymi dziećmi umacnia się, nasz syn reaguje na nasze głosy, śmieje się do małej blondwłosej dziewczynki, która na jego widok rozkwita. Zaczynamy się niecierpliwić i denerwować na opieszałość sądu, ale przecież jest sierpień - sezon urlopowy, trzeba uzbroić się w cierpliwość. Po prawie trzech tygodniach (w pierwszym przypadku to były trzy dni) otrzymujemy postanowienie sądu i następnego dnia możemy zabrać do domu małego chłopca o włosach, jak łan zboża.

Ostatni - Pierwszy dzień - mama, tata, mała dziewczynka o oczach jak dwa jeziora, idą dziarskim krokiem, tata prowadzi wózek paradoksalnie jest on na razie pusty, ale za moment pojawi się w nim lokator na zawsze, mama ma w dłoni kwiatki, mała dziewczynka uśmiecha się od ucha do ucha i ściska w dłoniach misia - to dla jej braciszka (wygrała razem z tatą batalię o imię i jest z siebie zadowolona). Dzwonek do drzwi, uściski, łzy w oczach nie tylko naszych, kawa, herbata, ale my już chcemy do domu, pospieszne pożegnanie i powrót...

Mama, tata, siostrzyczka i brat...

Pierwszy wieczór, pierwsza noc - kanapa, mama, tata na kolanach siedzi mu mała dziewczynka, płacze. Małe łezki kapią jej na piżamkę, jej braciszek już śpi, a ona troszkę się boi, jest jej smutno i wesoło. Cieszy się, bo ma ukochanego braciszka, już nie chce siostry, smutno jej, bo nie jest pewna co teraz będzie, czy coś się zmieni, czy rodzice będą ją nadal kochać? Siedzimy razem w pokoju i rozmawiamy, nasza córeczka powoli uspokaja się, czuje, że wszystko będzie dobrze, znowu prosi nas o bajkę o dziewczynce o oczach jak dwa jeziora...

Minęło ponad półtora roku, nasze dzieci rosną, kochają się i kłócą. Powiększył nam się repertuar bajek, teraz hitem jest "Jaś i Małgosia", mamy mniej czasu i więcej zajęć, budzimy się wcześnie rano, a właściwie budzi nas chłopiec o włosach jak łan zbóż. Patrząc na nasze dzieci uświadamiam sobie, jak silna więź wytworzyła się między nimi, niepotrzebna do tego była krew i geny, wystarczyła miłość, tylko tyle i aż tyle. Czasami zastanawiam się czy warto było przechodzić przez to po raz drugi, czy dobrze zrobiliśmy uświadamiając naszej córeczce czym jest adopcja , a co za tym idzie wprowadzając ją w ten proces i za każdym razem nie mam wątpliwości - postąpiliśmy słusznie.

Za nami kilka trudnych chwil, chorób i przeszkód, które pokonaliśmy, przed nami... cóż przed nami życie, pewnie napisze jakiś ciekawy scenariusz dla naszej rodziny.

A.M.


--powrót do spisu treści--





TATO CZY OJCIEC - KIM JESTEM ?


Jak zostaje się ojcem wie już każdy przeciętny nastolatek. Z technicznego punktu widzenia prosta sprawa. Być dla swojego dziecka tatą to już jednak wyzwanie. Opowiem wam swoją historię jak zostałem ojcem i jak próbuję zostać tatą. Choć w sumie, to w myśl mojego wstępnego założenia ojcem nie jestem. Z technicznego punktu widzenia. Po jakimś czasie naszego małżeństwa pomyśleliśmy że trzeba by się dorobić potomka. Choć to moja żona o tym myślała. Ja jako przeciwnik dzieci, osoba, którą dzieci drażnią, denerwują jedyną przyjemność miałem z procesu tworzenia. Ale czego się nie robi dla ukochanej. Choć gdzieś w głębi i mi czasem szeptało już czas. Zwłaszcza, kiedy rodziny na około odpadały od naszego towarzystwa, bo nie było o czym rozmawiać - tylko dzieci i dzieci... Jak to często bywa, jak się bardzo chce to akurat nie wychodzi. No i problem. Wykończeni po roku i ubożsi o kilkanaście tysięcy zostawione w gabinetach usiedliśmy by pomyśleć co dalej. Poddać się nie mieliśmy zamiaru. I wtedy żona powiedziała może adopcja? Tak naprawdę gdzieś to słowo od jakiegoś czasu przewijało się wśród naszych rozmów. Więc nie byłem zaskoczony. Widząc ile to nas kosztuje i zdrowia i nerwów powiedziałem dobrze zróbmy to. Wizyta w ośrodku. Papiery, podanie, zaświadczenia, szkolenie, komisja, wszystko to przeleciało mi nawet nie wiem kiedy. Zostaliśmy papierowymi rodzicami. Teraz tylko czekać na nasze dziecko. Czekać. Czekać, czekać ile można czekać kiedy żona wariuje? W końcu jest. Brzydal, facet, malutki. Przywieźliśmy go do domu, leży w nosidełku na stole w kuchni, patrzy na nas ,my na niego. No dobra, co teraz? Było w ośrodku szkolenie? Był czas żeby się przygotować? To w czym problem? Guzik. Na szkoleniu nie mówią jak zajmować sie maluchem. W sumie rozumiem, bo to nie ciąża, rożne dziecko możemy odnaleźć. Co z tego, że czekaliśmy prawie dwie ciąże. Jak tu się przygotować kiedy to może być jutro albo za rok. I nie wiadomo co. A jak już wiesz to nie masz czasu na nic. Nie masz dziewięciu miesięcy, masz tydzień, czasem dwa, żeby wszystko przygotować. No dobra, popatrzyliśmy na siebie. Jakoś to będzie. Pierwsza noc, pierwszy tydzień pierwszy miesiąc już się jakby znamy. Choć coraz częściej wydaje mi się że to oni się znają. A ja jestem obcy... przyszedł i ukradł mi żonę i wogóle - ryczy, stale czegoś chce, nie daje spać. Nie lubi mnie, a ja się tak staram. Działa automatyzm, obsługuję go jak robot. Dlaczego mam mu dawać siebie jak on zniszczył moją rodzinę mój świat. Nie tak to miało wyglądać. Miałem być tatą idealnym to dlaczego on ryczy na moj widok? Kryzys tacierzyństwa,kryzys małżeństwa. Nie tak to miało wyglądać. No właśnie, nie tak. Muszę coś z tym zrobić. Powoli wracam z tej dalekiej podróży w głąb samego siebie. Znalazłem tam jedną prawdę - Mama jest najważniejsza i tej konkurencji nie wygram. Ale wciskam mu siebie kiedy tylko mogę. Nie chce? Trudno. Zachce. Ocieram się o masochizm - samotne sam na sam spacery. Powroty na syrenie. Kiedy tylko mogę wydzieram go żonie i wciskam mu siebie, musi się do mnie przekonać musi mnie w końcu pokochać. Przecież ja go kocham. Muszę go kochać skoro tak mi na nim zależy. Ciekawe kto tak naprawdę ma z tym problem - żona mówi - on cię kocha przecież to widać. Hm... no może rzeczywiście trochę. On jest sobą, to ja byłem nie wiem kim. I tak niepostrzeżenie pewnego dnia stałem się tatą. Codziennie słyszę tatusiu, tatuś, z tatusiem. I nawet kiedy po raz setny robi coś czego mu nie wolno, wkurza mnie i irytuje to cieszę się że jest z nami i nie oddam żadnej chwili z nim. Czy mi wstyd za to co było, za myśli, za słowa? Nie, po prostu musiałem dorosnąć do bycia tatą. Obaj mamy swoje grzeszki dzieciństwa. Tylko on ma ich wiele jeszcze przed sobą. A ja jako tata nie mogę sobie już na nie pozwolić. Nie lubię dzieci? Uwielbiam. Dzieci też lubią mnie. Niecierpiałem dzieci? Ja? Najlepsza decyzja w życiu? Adopcja.

Piotr


--powrót do spisu treści--





"ADOPCJA W OCZACH MĘŻCZYZNY"


Posiadanie dzieci nigdy nie było dla mnie czymś koniecznym, wymarzonym. Uważałem że jeśli będą to dobrze, a jeśli nie to jeszcze lepiej, podobnie jak z małżeństwem. Mimo tego znalazłem żonę z którą postanowiłem spędzić tą drugą część życia. Temat przysposobienia dziecka pojawiał się w naszym małżeństwie dość wcześnie. Na początku wydawał się dla mnie czymś abstrakcyjnym, ale z czasem nabierałem przekonania - dlaczego nie? Lubię poznawać nowe dziedziny życia, nawiązywać kontakty, wiec chętnie poznam i taką. Przez proces kwalifikacji i spotkania w OA przechodziłem jakbym robił to na zapas w razie czego. Ponieważ z moich wcześniejszych kontaktów z dziećmi wiem iż znacznie więcej serca i cierpliwości mam do dziewczynek - było oczywiste ze powinniśmy zdecydować się na córkę. Możliwość wyboru płci to duża zaleta adopcji! Dopiero ok. rok przed przysposobieniem zacząłem interesować się tematem od zaplecza. Dzięki forom internetowym dowiedziałem się jakie małżeństwa adoptują dzieci i czym takie adoptowane różnią się od biologicznych, jakie są zagrożenia i co robić aby im zapobiegać lub niwelować. Korzystałem też z możliwości wizyt w domach dziecka aby poznać je na żywo. Rzeczywistość okazała się dość niepokojąca. Dzieci bez rodziców szybko nabawiają się rożnych schorzeń, bardzo trudnych do nadrobienia w późniejszym wieku. Ponadto prawdą jest, ze do placówek trafiają dzieci najbardziej niezaradnych życiowo i często chorych rodziców, co było widać po ich potomstwie. Choroby związane ze złym utrzymaniem i brakiem opieki zdrowotnej wydawały się drugoplanowe. Podczas pierwszej wizyty w DD nie przeżyłem euforii - zobaczyłem biedne dzieci, cofnięte w rozwoju, zupełnie takie jak można zobaczyć w programach o rodzinach patologicznych. Łatwo było zauważyć różnice, które dzieci przyjechały wraz z rodzicami w odwiedziny a które mieszkają w placówce. Jedna tylko dziewczynka 5 letnia wydała się śliczna miła, w ogóle niepodobna do tego otoczenia. Wtedy pomyślałem jak bardzo chciałbym mieć podobną córeczkę! Mimo moim wewnętrznym oporom przed nawiązaniem kontaktu chęci zwyciężyły, zrobiliśmy wspólne zdjęcie i wybraliśmy się na krótką przejażdżkę motocyklem. Przeżycia i rozmowy bezcenne i niezapomniane. Wraz z upływem czasu i kolejnymi wizytami zaprzyjaźniłem się z dziećmi, oswoiłem z ich widokiem. Dostrzegłem ze jest w tych ludziach wiele wspólnego z rówieśnikami z rodzin biologicznych. Oswajałem się z myślą że kiedyś zostanę ojcem adoptowanej dziewczynki, starałem się dobrze przygotować, jak najwięcej dowiedzieć co może nas czekać i jak sobie z tym radzić.

W końcu przyszedł moment na spotkanie z córką. Pierwsze wrażenie zupełnie bez emocji - pojechałem do ludzi, którzy mieli w domu małe dziecko. Ładna dziewczynka, niewielkie problemy ze zdrowiem, dobrze się chowa, nie ma widocznych defektów po przeżytych urazach - lepiej nie mogłem trafić !! Na początku po głowie chodziły dylematy - czy czegoś nie pominąłem sprawdzając stan zdrowia i dokumenty? Po ok. 24 h przyszło ogromne uczucie. Odczułem duże wyrzuty sumienia, że stawiam dziecku wymagania które pragnie jedynie żyć i potrzebuje osób które pozwolą mu na to i zapewnią normalną rodzinę.

Obecnie patrząc na moje dziecko nie czuje dumy, lecz radość że jesteśmy razem, że los pozwolił nam się poznać i że dane nam jest spędzić wspólnie większość życia. Nie miałem nigdy odczucia, ze to moje biologiczne dziecko. Zawsze mam świadomość że ma ona swoich biologicznych rodziców, że nie byłem od zawsze w jej życiu i że przez pewien okres czasu były jej bliżsi zupełnie inni ludzie, podczas gdy ja byłem obcy. Nie stanowi to dla mnie żadnej bariery, wręcz przeciw co pozwala mi ja bardziej kochać i motywuje do starania o nawiązanie więzi. Nie przeżywałem załamań ani rozczarowań gdyż po prostu nie stawiam dziecku ani rodzinie żadnych warunków czy wymagań. Co nas czeka w przyszłości i jak potoczy się nasze wspólne życie? Jestem ogromnie ciekawy!

MICHAŁ


--powrót do spisu treści--





SERDUSZKOWY SYNEK


Gorącego, lipcowego dnia zostałam mamą! Zadzwonił TEN telefon, usłyszałam: "Urodził się dla państwa synek!" - nigdy nie zapomnę tych słów i tego jak mocno biło moje serce.

Razem z mężem długo czekaliśmy na dziecko, po latach prób i bezskutecznego leczenia, zdecydowaliśmy się na kolejny krok - adopcję. Nie była to łatwa decyzja, oboje musieliśmy do niej dojrzeć, ale gdy już zapadła, poczuliśmy ogromną ulgę! Po ukończeniu warsztatów w ośrodku adopcyjnym i uzyskaniu kwalifikacji na rodziców adopcyjnych, dostrzegliśmy przysłowiowe światełko w tunelu, realna szansę na spełnienia naszych marzeń o pełnej rodzinie.


Na pierwsze spotkanie z Synkiem jechaliśmy pełni obaw i wewnętrznych rozterek - jak Mały zareaguje na nas? Czy będzie płakał, bał się nas? Czy to rzeczywiście NASZ Synek? Z drugiej zaś strony przepełniała nas ogromna nadzieja, że to faktycznie NASZE dziecko i wreszcie szczęście się do nas uśmiechnęło.

Tak, to był NASZ Synek, śliczny dziesięciomiesięczny bobas, o blond włoskach i chabrowych oczach, najcudowniejsze dziecko jakie widziałam - tak wtedy o nim pomyślałam. Nasza pani psycholog od razu orzekła, że Mały jest podobny do taty, czyli męża, który też jest niebieskookim blondynem. Miałam ochotę chwycić Synka i przytulić, tak długo na niego czekałam... Ale Malutki był ostrożny, troszkę się nas bał, jednak nie płakał, raczej obserwował nas z dystansem. Po kilkunastu minutach usiadłam z nim na podłodze i zaczęłam pokazywać zabawki, zainteresował się, podszedł na czworakach, zaczął się bawić, aż w końcu wdrapał mi się na kolana. Mogłam delikatnie głaskać go po główce i wdychać zapach jasnych włosków, cudowne uczucie! Pod koniec pierwszej wizyty, już nosiłam Małego na rękach i wiedziałam, że to jest moje, wyczekane, wypragnione dziecko, na zawsze!


W dwa tygodnie od pierwszego spotkania, przywieźliśmy Synka do naszego domu. Pamiętam pierwszy wspólny spacer, czułam się wtedy prawdziwie dumną mamusią, pchając wózek ze swoim dzieckiem. Do dziś czuję ogromną dumę idąc z Synkiem. Jest on naszą radością i ogromnym szczęściem, tak długo na niego czekaliśmy...

Nasze życie zmieniło się o 180 stopni od kiedy pojawił się w nim nasz Synek. Oczywiście nie zawsze jest pięknie i różowo, bywają ciężkie chwile kiedy Mały choruje, albo się buntuje - właśnie wchodzi w buntowniczy wiek dwulatka, czasami daje nam w kość swoimi humorkami, ale przecież to normalne u dzieci. Jednak pomimo tego wreszcie czujemy się spełnieni, mamy dla kogo żyć, mamy nasze wspólne dziecko, które może nie narodziło się z naszych ciał, ale za to z naszych serc.


Teraz, ponad rok od dnia, w którym przywieźliśmy Synka do domu, jesteśmy zwyczajną rodziną jakich wiele, ze swoimi radościami i smutkami. Ale z drugiej strony, jesteśmy nadzwyczajni i wyjątkowi, dla samych siebie. Kochamy naszego Synka ponad wszystko, a on oddaje nam naszą miłość, tuląc się do nas, dając słodkie buziaki, rozśmieszając nas swoimi minkami... Jest kochanym, cudnym dzieckiem, gdyż jest nasz - nasz Serduszkowy Synek:)

MAMA SYNKA


--powrót do spisu treści--





"ODNALEZIONE SERCA"


Siedziała na toalecie, w swojej dużej seledynowej łazience i czuła jak do oczu napływają jej łzy, a w gardle uwięzła gula. Spojrzała ostatni raz z nadzieją, na mały kawałek plastiku, jednak tam, jak przed chwilą uparcie widniała jedna różowa kreska... ze złością wrzuciła zużyty test ciążowy do kosza i wyszła trzaskając drzwiami, już nie próbowała powstrzymywać łez...

Kolejny miesiąc stracony, kolejne zawiedzione nadzieje... Miała już tego serdecznie dość, brakowało jej siły do dalszej walki. Piotr pewnie jak zawsze, przytuli ją i powie, że jak nie teraz to innym razem się uda... ale ona już nie chce tego słuchać i robić sobie kolejnych nadziei. Nie mogła zrozumieć dlaczego właśnie ich to spotyka? Byli szczęśliwym małżeństwem od ponad trzech lat, mieli ładne duże mieszkanie, Piotr zajmował kierownicze stanowisko w firmie menadżerskiej a jego dochody z powodzeniem pozwalały na to, aby Anna mogła zrezygnować z pracy i poświęcić się rodzinie. Zrobiła to bez wahania, z chęcią rzuciła nudną pracę w biurze rachunkowym, jej marzeniem była rodzina. Jeszcze przed ślubem, zgodnie stwierdzili, że pragną mieć dzieci jak najszybciej, dwoje, może troje... Wybrali nawet imiona, chociaż co do imienia dla dziewczynki, wciąż trwały negocjacje. Anna była taka szczęśliwa w dniu ślubu, mając świadomość, że oto spełniają się jej marzenia o rodzinie i bliskim macierzyństwie. Byli z Piotrem naprawdę dobraną parą, nie tylko łączyła ich prawdziwa miłość i wzajemny szacunek, ale także przyjaźń co cenili sobie najbardziej. Rozumieli się w pół słowa, mieli podobne pasje, nigdy się ze sobą nie nudzili, nawet siedząc w milczeniu, cieszyli się swoją wzajemną obecnością. Chociaż gdy szli razem mogli tworzyć dość dziwną parę, Piotr wysoki, szczupły blondyn o jasnych, błękitnych oczach, wyglądał jakby wyrwany ze skandynawskich powieści. Anna była jego przeciwieństwem, nie wysoka brunetka, o ciemnej karnacji i brązowo - orzechowych oczach. Mimo tych różnic w wyglądzie zewnętrznym, byli pokrewnymi duszami.

Jedyne czego im brakowało do pełni szczęścia, było upragnione dziecko. Na początku nie przejmowali się niepowodzeniami, wiedzieli, że potrzeba czasu, zresztą starania o maluszka to całkiem przyjemna sprawa. Jednak po kolejnych miesiącach bez wyczekiwanej ciąży, zaczęli się zastanawiać czy aby wszystko z nimi w porządku... Annie pierwszej puściły nerwy, każdą comiesięczną porażkę odbierała bardzo osobiście, czuła się nie pełną kobietą, jej hormony szalały, tak bardzo pragnęła poczuć w sobie nowe życie, cały czas jej myśli krążyły wokół zajścia w ciążę, to stało się jej obsesją. Piotr miał swoja pracę, poza tym uważał, że na wszystko przyjdzie czas, nie chciał dopuścić do siebie myśli, że może im się nie udać, przecież w koło co rusz słyszało się o znajomych, którzy spodziewają się lub właśnie doczekali się dziecka, dlaczego z nimi miałoby być inaczej, potrzebują tylko więcej czasu...

Ale niecierpliwa natura Anny sprzeciwiała się bezwiednemu oczekiwaniu. Ona widziała w koło same ciężarne kobiety, szczęśliwe matki z małymi dziećmi i ... zaczęła ich nienawidzić! Drażnił ją widok tych rozanielonych kobiet w stanie błogosławionym, dlaczego im się udało a jej nie?! W czym była od nich gorsza? Co robiła nie tak, dlaczego los, Bóg odwrócił się od niej i nie pozwalał spełnić marzeń o dziecku? Przecież to najbardziej naturalna sprawa, kobieta jest stworzona do bycia w ciąży i zostania matką, dlaczego jej natura tego odmawia?!

Chciała znać odpowiedź, nie mogła dłużej zdawać się na przypadek, umówiła wizytę u ginekologa, specjalisty od leczenia niepłodności. Piotr na początku miał obiekcje, ale w końcu jak zawsze, uległ sugestiom Anny i razem wybrali się na umówioną wizytę. To była jedna z wielu wizyt, u jednego z wielu specjalistów, jakich odwiedzili w ciągu ostatnich dwóch lat... Szereg badań, masę leków hormonalnych, w końcu próba zapłodnienia In vitro... wszystko bezskutecznie...

Test, który dziś wykonała, będzie ostatnim - postanowiła - nigdy więcej testów, nigdy więcej łez i straconych nadziei!

Otarła łzy i upiła łyk wody z butelki. Sięgnęła po telefon komórkowy, wybrała numer do Piotra i próbując przybrać lekki ton głosu czekała aż po drugiej stronie usłyszy ciepły głos męża.

- Hej kochanie, co u ciebie - zapytał Piotr odbierając, zawsze nazywał ją kochaniem.

- Dzwonię żeby zapytać jak ci mija dzień?

- Ach, jak zawsze, masę papierów do ogarnięcia - Piotr westchnął znużony, chociaż Anna doskonale wiedziała, że lubi swoja pracę.

- Zrobiłam test - Anna zawiesiła na chwilę głos i szybko dodała z udawanym rozbawieniem, żeby nie martwić męża - wynik jak zawsze.

Po drugiej stronie zapadło wymowne milczenie, Anna aż nadto dobrze mogła sobie wyobrazić potępiającą minę Piotra. Nie lubił kiedy się zadręczała. Wiedziała, że ją kocha i pragnął aby była szczęśliwa, jednak w tej jednej kwestii był bezradny, nie potrafił pomóc ukochanej kobiecie, co zarazem go zasmucało i dręczyło.

- Kochanie - odezwał się w końcu - dlaczego to robisz?

- Co?! - zapytała zbyt agresywnie, ból i wściekłość z powodu kolejnej porażki wróciła nagłą falą. Nie chciała tego okazywać, ale to było silniejsze od niej - wiesz jak bardzo pragnę dziecka, nie potrafię się powstrzymać, ale mam już dość, nie wiem co robić... - głos się jej załamał, widać nie była tak twarda jak by chciała.

Piotr znów zamilkł, w końcu się odezwał

- Może czas na plan B? - powiedział trochę niepewnie.

Tym razem Anna wstrzymała oddech i umilkła na dłuższą chwilę. Planem B była adopcja. Rozmawiali o tym już jakiś czas temu, inicjatywa wyszła oczywiście od niej, chociaż wtedy nie była do końca przekonana... Wtedy to była jakaś obietnica alternatywy na zostanie rodzicami, ale oboje byli przekonani, że w końcu uda im się począć dziecko i adopcja nie będzie konieczna. Złożyli sobie jednak tę obietnicę w razie gdyby wszystko zawiodło i teraz właśnie nastała ta chwila...

- Może masz rację - odpowiedziała w końcu - ja już nie mam siły dalej walczyć o ciążę, chcę żyć normalnie - jej głos był znużony a ona czuła się o 10 lat starsza.

- Kochanie odpocznij, przestań się zadręczać, a najlepiej idź na zakupy - powiedział Piotr - ja zadzwonię do ośrodka adopcyjnego, porozmawiamy jak wrócę z pracy.

Anna zachichotała na te słowa

- Nie boisz się tak swobodnie wysyłać mnie na zakupy?

-Nie - odparł ze śmiechem - mam do ciebie pełne zaufanie. Trzymaj się kochanie.

- Pa - Anna się rozłączyła.

Powoli wracał jej dobry nastrój, jednak nie z powodu zakupów, na które i tak nie miała ochoty, ale dlatego, że coś się dzieje... Adopcja, pomyślała, dlaczego nie? Dziecko to dziecko, a najważniejsza i tak jest miłość! Uśmiechnęła się do siebie i postanowiła, że nie będzie czekać na Piotra, sama zadzwoni do ośrodka adopcyjnego. Numer już dawno miała wpisany w swój telefon komórkowy, szczerze mówiąc, czekała tylko na ruch męża, żeby wykonać ten telefon. Fakt, kiedyś adopcja była tylko alternatywą, ale od jakiegoś czasu, Anna zaczęła myśleć bardzo poważnie nad tym tematem. Od kilku miesięcy śledziła pewne forum internetowe na temat adopcji, dowiedziała się jakie trzeba spełniać warunki do adopcji dziecka, jakie są procedury, znalazła też numer telefonu do najbliższego im ośrodka adopcyjnego. Od czasu do czasu rzucała, niby mimochodem, hasła adopcyjne w rozmowach z Piotrem, jednak on nie wykazywał entuzjazmu, wciąż powtarzał, że im się uda, że potrzeba czasu... Niecierpliwiła się, ale nie ponaglała go, widział, że to zbyt poważna decyzja aby wymuszać cokolwiek na mężu. Chociaż bardzo ją kochał, pragnął jej szczęścia i równie mocno jak ona pragnął dziecka, to jednak decyzja o adopcji nie należy do łatwych. Anna sama się o tym przekonała, ona także musiała dojrzeć do tej decyzji i zrozumieć, że nie koniecznie trzeba być w ciąży aby mieć i kochać dziecko. Wiedziała, że Piotrowi będzie trudniej pogodzić się z myślą iż może nigdy nie spłodzi dziecka, krwi ze swojej krwi, jednak wierzyła w niego i czekała cierpliwie. W końcu się przełamał i dał jej znak, który ponownie zmobilizował ją do działania. Nie zwlekając dłużej, wybrała numer ośrodka adopcyjnego, z bijącym jak dzwon sercem czekała na połączenie. W końcu się dodzwoniła, pierwszy krok za nimi!


Po pierwszym spotkaniu i rozmowie z pracownikami ośrodka adopcyjnego, byli pełni optymizmu i nowych nadziei. Wiedzieli, że czeka ich długa procedura, która może trwać nawet rok, warsztaty adopcyjne, badania psychologiczne, wywiad środowiskowy. Jednak to ich nie przerażało, gdyż na końcu tego całego procesu, miało czekać na nich szczęście, ich dziecko!

W Annę wstąpiła nowa siła, chęć do działania, miała wyznaczony wyraźny cel i coraz bardziej czuła, że to jest właśnie jej droga do macierzyństwa.

Wspólnie z Piotrem powiadomili rodzinę o swoich planach. Tak jak się spodziewała, jej rodzice przyjęli to bez większego entuzjazmu, ale i bez sprzeciwów. Ufali Annie, wiedzieli, że potrafi ona dobrze pokierować swoim życiem, poza tym bardzo cenili Piotra, rzadko ingerowali w podejmowane przez nich decyzje.

Co innego rodzice Piotra, a szczególnie jego despotyczna matka, która oględnie mówiąc, była trudną osobą. Na szczęście Piotr potrafił trzymać ją na dystans i nie pozwalał się wtrącać w swoje życie. Anna jeszcze przed ślubem zrozumiała, że jeśli chce być z Piotrem musi nauczyć się łagodnie aczkolwiek stanowczo przeciwstawiać ingerencji teściowej, gdyż Piotr nie zaakceptowałby jako żony kobiety uległej wpływom jego matki. Kochał i szanował rodziców, ale jak lew bronił swojej prywatności.

Wiadomość iż zaprzestali leczenia i starają się o adopcję dziecka, łagodnie mówiąc, nie przypadła do gustu teściowej Anny. Owszem, przyjęła informację do wiadomości, ale już w kilka dni po tym jak to zakomunikowali, zadzwoniła do Anny gdy Piotr był w pracy. Niby przez przypadek, dowiedziała się od znajomej swojej znajomej, której córka po latach leczenia zaszła w ciążę dzięki cudownej terapii i akupunkturze, oczywiście miała przygotowany adres i telefon tego cudownego lekarza, który zajmował się tą terapią. Na koniec, mimochodem wspomniała o adoptowanym synu kolejnej znajomej, który okazał się alkoholikiem i nieudacznikiem życiowym...

Anna starała się zachować spokój, ale ta ostatnia informacja wyprowadziła ją z równowagi.

- Mamo - próbowała mówić łagodnie, chociaż miała ochotę wygarnąć tej kobiecie jej ograniczony punkt widzenia - nasza decyzja o adopcji dziecka jest nieodwołalna, złożyliśmy już papiery do ośrodka adopcyjnego i machina ruszyła.

- Aniu - usłyszała zdradziecko przymilny głos teściowej - przecież ja nie podważam waszej decyzji, wiesz przecież, że chodzi mi tylko o wasze szczęście.

Ha ha, zaśmiała się Anna w duchu, nasze szczęście, ale oby tylko było zgodne z twoimi planami. Do słuchawki jednak powiedziała:

- Wiem mamo, dlatego postaraj się nam trochę zaufać, damy sobie radę, ale dziękuję że się o nas troszczysz - wiedziała, że uwaga o troskliwości połechta ego teściowej i na jakiś czas będzie miała z nią spokój.


W połowie września dostali listowne zawiadomienie z ośrodka adopcyjnego, że zaczynają się warsztaty na temat adopcji. Mieli się zgłosić 27 września o godzinie 14.00 w ośrodku. Anna już nie mogła się doczekać, wiedziała, że warsztaty obejmują kilkanaście dwugodzinnych spotkań, na których wraz z pracownikami ośrodka i psychologiem będą omawiać problemy i zagadnienia dotyczące adopcji.

Od chwili, gdy oboje z mężem podjęli tę ważną decyzję, czytał wszystko co jej wpadło w ręce na temat adopcji. Przeczytała masę książek, szperała w Internecie, zaczęła nawet czynnie brać udział na forum dla rodziców adopcyjnych. Poznała tam wiele interesujących osób, przeważnie kobiet, które już były mamami adopcyjnymi i z ulgą stwierdziła, że opowiadając o swoich dzieciach, opowiadają jak każde inne matki.

W końcu nadszedł dzień pierwszego spotkania na warsztatach, wraz z innymi dziesięcioma parami, które tak jak i oni przybyły na to spotkanie, czekali na rozpoczęcie zajęć. Nagle Anna dostrzegła znajomą twarz, to była Ewa, jej dawno nie widziana koleżanka, z którą przez jakiś czas pracowała w biurze rachunkowym. Ona także dostrzegła Annę i już szła w jej kierunku z wysokim brunetem, prawdopodobnie mężem.

- Hej Anka, ty tutaj? - Ewa była wesołą, energiczną blondynką. Swoim radosnym usposobieniem, potrafiła sobie zjednać ludzi, dlatego Anna mimo zaskoczenia bardzo się ucieszyła na jej widok.

- Jejku Ewcia, jak ja cię dawno nie widziałam! Co tu robisz? Co u ciebie?

- No pewnie obie jesteśmy tutaj w tym samym celu, żeby zostać mamuśkami - Ewa uśmiechnęła się - to mój mąż Michał - powiedziała wskazując stojącego za nią bruneta. - a to moja kumpela z którą pracowałam kiedyś. A gdzie twój mąż Anka?

Anna rozejrzała się, Piotr stał na korytarzu rozmawiając przez telefon, wskazała na niego.

- Tam, jak zwykle zapracowany, gada przez komórkę, pewnie z jakimś klientem.

Piotr pomachał do niej z uśmiechem, uspokajając że zaraz kończy.

- Co za zbieg okoliczności, że się tu spotkałyśmy - powiedziała Anna - więc wy też staracie się o adopcję - to było raczej stwierdzenie niż pytanie.

- Tak - odpowiedziała Ewa - dwa lata biegania po gabinetach lekarskich i nabijania kabzy lekarzom, aż się w końcu okazało, że moje jajniki są bezużyteczne więc zamiast siedzieć i płakać postanowiliśmy znaleźć inny sposób żeby zostać rodzicami - Ewa zawsze mówiła prosto z mostu, co najbardziej ceniła w niej Anna, nie owijała w bawełnę i potrafiła mówić o sobie bez skrępowania.

Podszedł do nich Piotr i przedstawił się. Rozmawiali jeszcze chwilę, ale musieli kończyć, gdyż weszła pani Beata, opiekunka ich grupy, rozpoczęło się spotkanie. Pani Beata wraz z panią Magdą, która była psychologiem, bardzo ciekawie prowadziły warsztaty, opowiadały o problemach towarzyszących adopcji i jak sobie z nimi radzić, potrafiły też zachęcić grupę do zadawania pytań, na które dawały jak najbardziej wyczerpujące odpowiedzi. Anna chłonęła każde słowo i bardzo czynnie uczestniczyła w spotkaniu, zresztą podobnie jak Ewa i inne kobiety, które przybyły tutaj w tym samym celu co one. Panowie byli raczej skryci i nie wiele mówili. Dwie godziny szybko zleciały, następne spotkanie miało się odbyć za dwa tygodnie. Przed wyjściem Anna zagadnęła Ewę

- I jak wrażenia?

- Super, bardzo mi się podobało, odnoszę wrażenie, że tobie także - Ewa była podekscytowana

- Racja, już nie mogę doczekać się ponownego spotkania. A może umówimy się w tygodniu na pogaduchy - zagadnęła Anna

- Świetny pomysł - odpowiedziała Ewa - sama miałam ci to zaproponować. Masz tu mój numer, zdzwonimy się - podała jej wizytówkę z nazwą biura rachunkowego.

- O widzę, że nadal pracujesz w zawodzie.

Ewa uśmiechnęła się nie ukrywając zadowolenia

- Tak, tylko, że teraz na własny rachunek, a nie dla tego nadętego dupka Tadeusza. - obie uśmiechnęły się porozumiewawczo, Tadeusz, ich szef w poprzednim biurze gdzie razem pracowały, był naprawdę dupkiem, delikatnie mówiąc.

W końcu rozeszły się do swoich mężów, czekających przed budynkiem ośrodka. Anna nie mogła się nadziwić temu zbiegowi okoliczności, spotkanie z Ewą w takim miejscu było zaskakujące a zarazem podniecające. Musiała przyznać, że była bardzo ciekawa szczegółów ich decyzji o adopcji, chętnie też podzieli się swoimi wrażeniami ze spotkania w ośrodku adopcyjnym.


Umówiły się na piątkowe popołudnie w przytulnej kawiarence naprzeciwko parku. Anna przyszła wcześniej i zamówiła mocne espresso, uwielbiała kawę. Czekając na Ewę, mimowolnie obserwowała przez okno kobiety spacerujące z wózkami po parkowych uliczkach, był słoneczny jesienny dzień, słońce jeszcze całkiem mocno grzało, idealny na spacer z dzieckiem. Anna złapała się na tym, iż wyobraża sobie siebie spacerującą z wózkiem, nachylającą się nad swoim dzieckiem i uśmiechającą się do małej istotki.

Z tych marzeń wyrwało ją pojawienie się Ewy

-Hej, długo czekasz? - zapytała wesoło

- Chwilkę, dopiero co zamówiłam kawę.

- O tak kofeina to właśnie to, czego mi potrzeba - powiedziała Ewa uśmiechając się.

Zamówiła duże espresso i usiadła naprzeciwko Anny. Po krótkiej wymianie wiadomości, co się u nich działo od czasu kiedy Anna wyszła za mąż i złożyła wypowiedzenie w pracy, Ewa w końcu zapytała

- Więc jak długo staraliście się o dziecko, zanim zapadła decyzja o adopcji?

Anna rzadko rozmawiała, na temat ich niepłodności z osobami postronnymi, ale czuła, że z Ewą może być szczera, w końcu ona bez ogródek opowiedziała jej o ich problemach, poza tym Anna miała ogromną potrzebę wygadać się przed kimś, kto mógłby ją zrozumieć, a kto zrobi to lepiej, niż druga kobieta w podobnej sytuacji.

- Piotr ma słabe wyniki, lekarze twierdzą, że to z powodu nadmiernego stresu i siedzącego trybu pracy. Łudzili nas nadzieją, przez ponad trzy lata, że się uda i zajdę wreszcie w ciążę, ale ile można żyć nadzieją...

Ewa uśmiechnęła się ze zrozumieniem

- Wiem co masz na myśli, żołnierzyki mojego Michała, też pozostawiają wiele do życzenia - zachichotała jak nastolatka - do tego te mojej jajniki, ale przecież na prokreacji świat się nie kończy - dodała z wesołością. - Anka, zobaczysz, jeszcze będziemy mamuśkami, będziemy spotykać się na spacerach tam w parku - pokazała ruchem głowy na drugą stronę ulicy - i będziemy narzekać, że nie dosypiamy, bo dzieci nam nie dają.

Radosne usposobienie Ewy, udzieliło się Annie, która przyznała szczerze

-Wiesz, zanim przyszłaś, wyobrażałam sobie jak spaceruję z wózkiem po tym parku

- I tego się trzymaj Anka, musimy wierzyć, że i nam jest pisane szczęście. A wiesz co jest najlepsze - dodała Ewa z przekornym uśmiechem - że przynajmniej nie roztyjemy się i rozstępy się nam nie porobią jak przy ciąży, no i nie musimy sobie odmawiać mocnego espresso.

Anna pomyślała, że to prawdziwe zrządzenie losu, iż właśnie w tym momencie los zetknął ją ponownie z Ewą. Gdy kilka lat temu razem pracowały, były jedynie koleżankami z pracy, teraz poczuła, że dzięki podobnym przeżyciom, nawiązuje się między nimi prawdziwa nić przyjaźni. Rozmawiały szczerze i bez skrępowania o swoich doświadczeniach z różnymi lekarzami podczas leczenia niepłodności, oraz o nadziejach związanych z adopcją. W końcu musiały się rozstać, gdyż popołudnie zamieniło się w późny wieczór. Obiecały sobie powtórzy takie spotkanie i niecierpliwie czekały na kolejne zajęcia z warsztatów adopcyjnych.


Minął piękny, słoneczny październik, nastał deszczowy, ponury listopad. Długie, jesienne wieczory Anna i Piotr często spędzali na snuciu planów na przyszłość. Zastanawiali się jak to będzie kiedy już zostaną rodzicami, czy ich dziecko będzie chłopcem, czy też dziewczynką. Co prawda w ośrodku powiedziano im, iż mogą wybrać płeć dziecka, jednak oni nie chcieli tego robić, postanowili zdać się na los, obojętna była im płeć, pragnęli jedynie adoptować dziecko możliwe najmłodsze. Pomimo entuzjazmu jakim pałali do adopcji dziecka, zdawali sobie sprawę, że to nie jest łatwa sprawa. Na warsztatach dowiedzieli się, że często dzieci oddawane do adopcji pochodzą z rodzin patologicznych, bywają zaniedbane, chore... mogą cierpieć na zaburzenia emocjonalne spowodowane odrzuceniem przez matkę biologiczną.

Anna, będąca ogromną optymistką, wierzyła, że jej miłość do dziecka pokona wszelkie problemy, natomiast Piotr, większy realista, starał się studzić emocje żony, tłumacząc, że nie mogą przewidzieć reakcji dziecka, jak i własnych.

W końcu, na początku grudnia, odbyło się ostatnie spotkanie warsztatowe, na którym dyrektorka ośrodka uroczyście wręczyła im papiery potwierdzające kwalifikację na rodziców adopcyjnych.

Po spotkaniu Ewa zaproponowała aby poszli do pubu we czwórkę, uczcić fakt ukończenia warsztatów.

- Obyśmy jak najszybciej zostały mamuśkami - Ewa wzniosła toast do Anny

- Tak się wam spieszy do nie przespanych nocy? - zażartował Michał

- A kto powiedział, że to ja nie będę nocy przesypiać - odcięła się ze śmiechem Ewa - w końcu jako wykwalifikowany tatuś, także możesz do dziecka wstawać - przyjaciółki spojrzały wymownie na swoich mężów, a oni przekornie udawali, że nie wiedzą o co chodzi.

- Ania, kompletujesz już jakąś wyprawkę dla dziecka? - zagadnęła Ewa

- Nie, jakoś nie miałam odwagi, ale myślę, że teraz zacznę. A ty już coś kupiłaś?

- Pewnie, ostatnio nabyłam śliczny kocyk do wózka - odparła entuzjastycznie Ewa

- O tak, nasze dziecko będzie chyba potrzebowało osobnej garderoby, Ewa ciągle znosi jakieś ubranka do domu i zamawia w Internecie, nie wiem kiedy to dziecko będzie je nosić - żartował Michał.

- Już ty się o to nie martw - uspokajała go żona - mogę je co godzinę przebierać, byle tylko już było - zakończyła błagalnie.

- Właśnie - rzekła Anna - ciekawe jak długo przyjdzie nam jeszcze czekać na nasze szczęścia?

- Z tego co wiem, w ciągu pół roku, cała nasza grupa ma zostać rodzicami - odezwał się Piotr

- O, a ty skąd masz takie informacje? - zdziwiła się Anna

- Ma się to podejście do kobiet - odparł zadowolony Piotr - pani Beata, powiedziała mi o tym w zaufaniu.

- No to za panią Beatę - Ewa wzniosła kolejny toast - i... - dodała nieśmiało - za nasze dzieci, które być może już gdzieś na nas czekają.


Było wigilijne popołudnie, za chwilę mieli wyjść do rodziców, u których jak co roku spędzali Wigilię. Ale przed wyjściem Anna i Piotr rozpakowywali prezenty, które wcześniej ukradkiem podkładali pod choinkę, to była taka ich mała tradycja. W tym roku pod choinką znalazły się trzy paczki, prostokątna w niebieskim papierze, to był prezent dla Piotra, kolejna powieść jego ulubionego autora. Anna sięgnęła po małą paczuszkę opakowaną w czerwony papier, to na pewno jej prezent od męża, zawsze dawał jej biżuterię, co jej odpowiadało. Ale dla kogo była trzecia paczka?

- Piotr, skąd się wziął dodatkowy prezent? - zapytała

- Jak to skąd - odparł ze śmiechem - od świętego Mikołaja. Otwórz! - zachęcił.

Anna niecierpliwie rozpakowała ostatnią paczkę, w środku był nieduży, beżowy miś pluszowy, oraz kartka z napisem: "od świętego Mikołaja, dla waszego dziecka". Anna poczuła pod powiekami wzbierające łzy.

- Och Piotr, tak bym chciała, żeby nasze dziecko już było z nami - przytuliła się do niego.

- Spokojnie maleńka - odpowiedział głaszcząc ją po włoskach - czuję, że to już nie długo.


Była połowa lutego, zima w tym roku nie była sroga, można wręcz rzec, że w ogóle jej nie było. Kilka naprawdę zimowych dni w styczniu, a później już tylko padał śnieg z deszczem, co powodowało okropną chlapę, zniechęcającą do wyjścia z domu. Annie strasznie się dłużyły te ponure dni. Miała już prawie skompletowaną wyprawkę dla dziecka, chociaż ciuszków nie było za wiele, w końcu nie wiedziała w jakim wieku i jakiej płci będzie ich dziecko. Prawie codziennie wyciągała, przekładała i dotykała te maleńkie ubranka, nie mogąc się doczekać, kiedy odnajdzie się ich właściciel albo właścicielka. Od kwalifikacji minęły dopiero dwa miesiące, ale bezczynne czekanie doprowadzało ją do rozpaczy, tęsknota za dzieckiem rosła w niej z dnia na dzień, a cierpliwość nie było najmocniejszą stroną Anny.

Co jakiś czas spotykała się z Ewą, która także miała dość czekania, jednak wiedziały, że teraz mogą już tylko czekać i zaufać pracownikom ośrodka adopcyjnego.

Anna właśnie zamierzała zrobić sobie drugą kawę, dzień był jakiś senny i potrzebowała podwójnej dawki kofeiny. Zadzwonił telefon, spojrzała na wyświetlacz, to Ewa.

- Hej Ewcia, co tam u was słychać? - odebrała

- Anka, nie uwierzysz - Ewa była podekscytowana a w jej głosie wyczuwało się ogromne wzruszenie - mamy synka!

- Co?! - do Anny nie od razu dotarł sens jej słów.

- Mamy synka, jest cudowny, taki śliczny, zakochałam się! - Ewa już nie próbowała ukryć wzruszenia, płakała.

- O rany, Ewcia, gratuluję wam ogromnie! Opowiadaj wszystko co wiesz o synku! - Anna była równie podekscytowana i czuła, że i do jej oczu napływają łzy, bardzo cieszyła się szczęściem przyjaciółki. Ewa opowiedziała, że widzieli się z synkiem dziś rano, mały ma dziewięć miesięcy i obecnie przebywa w pogotowiu rodzinnym. Teraz czeka ich załatwienia spraw sądowych i szykowanie pokoiku dla synka, zanim będą moli go zabrać do siebie.

- Mówię ci Ania, to niesamowite uczucie, kiedy pierwszy raz przytulasz swoje dziecko! Byłam pełna obaw ale i ogromnej radości, trochę się bałam, że mały nas nie zaakceptuje, ale on jest taki kochany. - mówiła Ewa

- A jak ma na imię to wasze szczęście - zapytała Anna

- Mateuszek - odparła wzruszona Ewa - Mam nadzieję, że gdy już zabierzemy go do siebie, odwiedzicie nas z Piotrem, chcemy wam przedstawić naszego synka.

- Kochana, gdybyś tego nie zaproponowała, sama bym się wprosiła - odpowiedziała wesoło Anna.

Przez resztę dnia Anna nie mogła myśleć o niczym innym, jak o synku Ewy i Michała, była podekscytowana tą wiadomością, postanowiła wybrać się do miasta i kupić jakiś prezent dla synka znajomych. Wróciła z dwiema torbami pełnymi ślicznych maleńkich ciuszków, oraz pluszowym, niebieskim słoniem dla Mateuszka.

Minęły dwa tygodnie zanim Ewa i Michał, mogli zabrać synka do siebie, w tym czasie jeździli odwiedzać go prawie codziennie. W tydzień później Anna i Piotr pojechali do nich z wizytą, Anna niosła pod pachą pluszowego słonia.

- Przedstawiamy wam naszego małego Mateuszka - Ewa dumnie trzymała na rękach ślicznego chłopczyka o blond włoskach i niebieskich oczkach, mały uśmiechał się pokazując kilka ząbków. Od Ewy emanowało szczęście i ogromna radość, co chwilę głaskała synka i całowała po główce. Anna nie mogła się nadziwić, jak jej przyjaciółka, która już wcześniej była niesamowicie radosną osobą teraz wydawała się jeszcze radośniejsza.


Ogromne szczęście, jakie biło od Ewy i Michała, wzbudziło w Annie nowe pokłady nadziei, że może i oni już niedługo doczekają się swojego wyczekiwanego dziecka. Nie myliła się... Minęły dwa tygodnie od wizyty u przyjaciół, był słoneczny marcowy poranek, dość zimny, ale pogodny, powoli wszystko zaczynało budzić się do życia po zimie. Anna postanowiła wybrać się na zakupy i w drodze powrotnej odwiedzić Ewę i jej synka, właśnie miała wychodzić, gdy odezwał się jej telefon komórkowy. Na wyświetlaczu pokazał się numer ośrodka adopcyjnego, serce Anny zaczęło bić szybciej, drżącym głosem odebrała połączenie

- Witam pani Aniu - po drugiej stronie odezwał się miły głos pani Beaty - mam dla pani radosną wiadomość, odnalazła się państwa córeczka!

Anna, która przeważnie nigdy nie traci kontroli nad sytuacją, w tej chwili czuła jak nogi się pod nią uginają, usiadła na pobliskim krześle, nie mogła z siebie wydusić słowa. Wyobrażała sobie tę chwilę tysiące razy, próbowała przewidzieć własną reakcję, odgadnąć uczucia jakie będą towarzyszyć temu ważnemu telefonowi, ale to co teraz działo się w jej głowie i sercu było nie do ogarnięcia! Myśli galopowały jak szalone a w sercu szczęście i radość mieszały się z lękiem i obawami.

- Pani Aniu, jest tam pani?

- Tak, tak jestem, ale po prostu zaniemówiłam - Anna wreszcie się odezwała

Pani Beata zaśmiała się serdecznie i ze zrozumieniem, przedstawiła kilka szczegółów dotyczących dziecka.

- Dziewczynka ma sześć miesięcy, jest zdrowa, obecnie przebywa w pogotowiu rodzinnym, matka biologiczna postanowiła oddać ją do adopcji ze względu na trudną sytuację życiową. Będą mogli państwo poznać córeczkę jutro, proszę tylko przyjechać do nas do ośrodka, ja pojadę z państwem.

Anna w przebłysku rozsądku, zapisała sobie te informacji i godzinę o której mają jutro się spotkać z panią Beatą. Jeszcze chwilę rozmawiały i w końcu się rozłączyły. Anna zapomniała o zakupach, odwiedzinach u Ewy, w jej głowie kołatała się tylko jedna myśl "mamy córeczkę!" Po chwili uświadomiła sobie, że przecież musi zadzwonić do Piotra i przekazać mu tą cudowną wiadomość, drżącymi z emocji palcami wybrała numer męża.

- Hej kochanie, co u ciebie - zapytał na wstępie Piotr

- Piotr, zgadnij co się stało? - Anna nie czekała na odpowiedź i prawie wykrzyknęła do słuchawki - mamy córeczkę!!!

- Jadę do domu - odezwał się nagle - nie usiedzę w pracy z tych emocji, czekaj na mnie.

Piotr przyjechał z ogromnym bukietem róż, ucałował żonę i razem pojechali na zakupy, a po drodze wstąpili do przyjaciół pochwalić się tą radosną nowiną. Dzień minął im szybko i intensywnie, jednak wieczorem nie mogli zasnąć.

- Jak myślisz - odezwała się Anna - jaka będzie nasza córeczka?

- Na pewno będzie najwspanialsza na świecie, bo będzie nasza - Piotr uśmiechnął się do żony i pogładził po policzku.

- Już nie mogę się doczekać kiedy ją zobaczę.

- To już jutro kochanie, bądź cierpliwa.

Anna przytuliła się do męża, pogrążając się w marzeniach. Wiedziała, że jeszcze nic nie jest przesądzone, muszą poznać małą, zaakceptować, tak jak i ona musi zaakceptować ich. W sumie, nie powinni się nakręcać, dopóki jej nie poznają, jednak Anna czuła podświadomie, że to jest ich córeczka, nie dopuszczała do siebie myśli, że mogłoby być inaczej. Odczuwała jednak pewien lęk, przed tym pierwszym spotkaniem, jak córcia zareaguje na swoich nowych rodziców, nie mogła też przewidzieć swoich reakcji. Wiedziała, że początki mogą być trudne. Zostając matka biologiczną, kobieta ma czas na przygotowanie się na przyjście dziecka, uczy się je kochać już w swoim łonie, nawiązuje się nić porozumienia między dzieckiem i matką. Adopcja niestety jest tego pozbawiona, dla tego malutkiego człowieka, nowi rodzice są obcymi osobami i ma prawo się ich bać, płakać... Obie strony muszą się siebie nauczyć, czasami nie jest to miłość od pierwszego wejrzenia, trzeba czasu aby narodziło się prawdziwe uczucie. Anna wiedziała o tym wszystkim, jednak czuła, że już zaczyna kochać to dziecko, chociaż jeszcze go nie widziała i ma tak skąpe o nim informacje. Zrobi wszystko aby ta mała istota pokochała także ich za całego serca, z tym postanowieniem, wreszcie usnęła.


Zatrzymali się przed dużym domem z czerwonej cegły. Pani Beata poprowadziła ich do drzwi, które otworzyła pulchna kobieta w średnim wieku.

- O pani Beatko, znów przywiozła nam pani szczęśliwych rodziców - powiedziała wpuszczając ich do środka. Anna wiedziała, że jest to tymczasowa opiekunka ich córeczki.

Zaprowadziła ich do malutkiego pokoiku, gdzie pod ścianą w dziecięcym łóżeczku spało niemowlę.

- To wasza córeczka - powiedziała pani Beata

Anna i Piotr jak zahipnotyzowani wpatrywali się w śpiące dziecko...

- Boże, jaka ona śliczna - Anna czuła jak łzy szczęścia napływają jej do oczu. Piotr objął żonę i przytulił. Nagle maleńka osóbka, jakby czuła, że ktoś ją obserwuje obróciła główkę w ich stronę i otworzyła oczy. Anna i Piotr wstrzymali oddech, bali się, że dziewczynka wystraszy się obcych osób i zacznie płakać, jednak ich córeczka przez chwilę obserwowała swoich nowych rodziców, a po chwili posłała im cudny, bezzębny uśmiech. Zakochali się do szaleństwa, już wiedzieli, że to jest na pewno ich dziecko, ich wyczekana córeczka, odnaleźli się wreszcie!


Była niedzielne popołudnie, wrześniowe promienie słońca jeszcze dość mocno ogrzewały powietrze, jednak w parku nad rzeką było przyjemnie chłodno. Anna siedząc na ławce obserwowała jak jej mąż wraz z córeczką karmili kaczki i łabędzie. Amelka śmiała się radośnie, kiedy kaczki zachłannie rzucały się na każdy kawałek chleba.


Minęło już pół roku od chwili kiedy odnaleźli się ze swoją córeczką, za tydzień Amelka skończy swój pierwszy rok życia, Anna już planowała przyjęcie urodzinowe. Przyjdą Ewa i Michał z synkiem Mateuszkiem, u którego także byli na roczku.

Będą także dziadkowie, zakochani we wnuczce po uszy, a najbardziej teściowa, która za każdym razem gdy ich odwiedza przywozi dla Amelki góry prezentów, rozpieszcza małą do granic możliwości, a mała uwielbia babcie i od razu wyciąga rączki na jej widok. Córeczka jest radosnym, pełnym życia dzieckiem, wdzięcznym i kochanym. Od kiedy pojawiła się w ich życiu, Anna i Piotr świata nie widza poza nią. Niestety, spotykają się czasami z opiniami, że dziecko adoptowane to nie to samo co urodzić własne... starają się jednak unikać spotkań z ludźmi myślącymi w taki ograniczony sposób. Dla nich Amelka jest ich córeczką, wyczekaną i ukochaną, która narodziła się z miłości ich serc!

Anna przymknęła oczy i wystawiła twarz do słońca... była szczęśliwa!

AL.MA


--powrót do spisu treści--



"URODZONE SERCEM"
stronę odwiedzono: razy